IV. Allion.


Zakon Vigala przypomina, że besztanie czci i pamięci tak znamienitej postaci jaką był Vigal Delock, pierwszy Awatar Cheona De’caina, będzie karane z całą surowością prawa stanowionego przez Kongregację. Zabrania się, pod rygorem otrzymania piętna, stosowania obraźliwych wyrażeń w mowie i piśmie.

— Fragment obwieszczenia kongregacji

Po rozmowie z Delockiem odstawiono mnie do jednego z pokoi w ratuszu. Byłem tam sam na sam ze sobą i kolejnymi falami myśli, które odtwarzały w nieskończoność wydarzenia z katedry. Secil strzela, marmur pęka a Lobi wyje jak zwierzę. W każdym cyklu tego koszmaru strzał był głośniejszy a krew brata na mojej koszuli coraz cieplejsza. Można by rzecz, że wręcz parzyła.
Nie wiem ile czasu minęło. Może minuty, może godziny. Szczęk klamki zsynchronizował się z kolejnym hukiem broni w mojej głowie wyrywając mnie z transu. Taegan Żelazne Serce wkroczył do pokoju sztywnym, oficjalnym krokiem a w jego oczach czaił się kaci pobłysk. Jednak zamiast wielkiego topora w jego dłoni pojawił się mój pas z wetkniętym w kaburę rewolwerem. Oddał mi broń i bez słowa wyjaśnienia zabrał do pokoju pełnego smutnych twarzy, które na mój widok stężały, wyrażając przy tym cały przekrój emocji godnych sali sądowej. Rada miasta.
Wciąż mieli na sobie odświętne stroje, ale ich splendor przygasł z dala od kolorowych świateł wypełniających katedrę. Wkroczyliśmy z Taeganem w środku zażartej dyskusji, o czym świadczyły wzburzone fryzury, poluzowane kołnierze i na wpół opróżnione butelki bursztynowego trunku. Może i nie byłem tam jako oskarżony, ale z pewnością tak się czułem. Oczy zebranych wydały wyrok na mnie, Secil i jej rodzinę trzy pokolenia wstecz. Powietrze było gęste od niewypowiedzianych gróźb.
Versebiter Delock pojawił się znikąd jak duch i stanął naprzeciw rady w pełnym rynsztunku awatara. Nie mogłem skupić się na jego monologu wymierzonego w rozkołatane serca rady. Obraz na wpół skamieniałego brata torturował mój zdrowy rozsądek krzycząc żebym odpuścił wątpliwości. Trochę przerażała mnie myśl, że gdyby nie chodziło o Secil, to pewnie tak bym uczynił. Gdy Delock oświadczył radzie, że zajmę się tą sprawą myślałem, że oszaleją. Wniosły się gromkie protesty, których treść i forma stanowiła wykwintne połączenie dyplomatycznego tonu i obraźliwych słów. Rozumiałem członków rady. Widzieli co się stało. Secil musi odpowiedzieć za swoją zbrodnię.
— Rozumiem wasze obawy — Awatar uciął dyskusję jednym gestem ręki — ale wyraźnie widzę, że targają wami uprzedzenia z ostatniej wojny. Fakty są takie — Delock pieprznął rewolwerem w blat aż mu szwy w liberii zatrzeszczały — Broń nie była załadowana eodium. Jeżeli ktoś z was jest mi w stanie wyjaśnić jak to jest możliwe, że Cheon ginie w Katedrze chronionej jego patronatem, trzema jego awatarami oraz jednym z bardziej zaawansowanych lemegetonów, nie wspominając po drodze o eodium… — zrobił dramatyczną pauzę i rzucił na stół łuskę, która z brzękiem poturlała się przez całą długość blatu i spadła z drugiego końca na miękki dywan — to zamieniam się w słuch.
Nikt się nie odezwał. Ja też.
— Uwierzcie proszę, że nikt nie chce ustalić faktów bardziej niż Kongregacja. Dlatego w śledztwie weźmie udział również foritariusz Allion, który razem z Jackiem otrzymują tytuł moderatorów i zbadają dokładnie sprawę. Wszyscy mają być do ich dyspozycji na czas wyjaśniania sprawy, proszę to przekazać swoim protegowanym.
W ten sposób znalazłem się na smyczy. Kimkolwiek był Allion, nie miałem wątpliwości, że, będzie szarpał za obrożę i przywoływał mnie do nogi w imieniu Delocka. Rada nie wyglądała na zachwyconą. Widać było, że mimo wszystko nie rozumieją spokoju z jakim Delock podchodzi do sprawy.
Rada składała się z dziewięciu osób, ale prawdę powiedziawszy nie przykładałem nigdy uwagi do politycznego życia miasta, więc nie znałem w zasadzie połowy składu. Nigdy nie sądziłem, że wiedza ta do czegokolwiek mi się przyda, no chyba, że chciałem znać twarze tak zwanej elity, która oplułaby mi twarz.
Janus był najmłodszym członkiem rady i zapamiętałem go tylko dlatego, że miał ogromny zapał do swojej pracy. Naprawdę ciężko pracował, aby miasto rozkwitało i miało się dobrze. Można było go spotkać codziennie rozmawiającego z ludźmi, którzy zalewali go swoimi codziennymi problemami, a że był żadkim przypadkiem człowieka o szczerym uśmiechu potrafił zebrać wokół siebie całkiem pokaźny tłum. Miał chłopak cierpliwość, muszę mu to przyznać. Teraz na jego twarzy malowała się mieszanina strachu i determinacji, która niczym wskazówka metronomu przeskakiwała z jednego wyrazu w drugi.
Koryfeusz Vellange był za to moim kolcem w dupie, bo wszelkie kontrole w moim mieszkaniu oraz w trakcie powrotu ze szlaku były jego dziełem. Nie był ani kongregatem, ani nawet zieloną liberią, ale posiadał jako jedyny rozbudowaną manufakturę, za pozwoleniem kongregacji oczywiście, i nie była to byle jaka manufaktura, bo produkowała broń. Broń białą i kusze dla garnizonu, noże i widelce dla pospulstwa. Żadnych samopałów, nie mówiąc już nic o jakiekolwiek broni samopowtarzalnej. Dzięki temu, że zaopatrywał garnizon i miał glejt od kongregacji, pozwalał sobie manipulować co głupszymi radnymi, którzy mogli zlecić te upierdliwe kontrole. Celem Koryfeusza było dorwać zegera poprzez moją osobę, szukając jakichkolwiek śladów i powiązań, które zadradziłyby jego tożsamość. Cech zegerski był jego utrapieniem i nielegalną (od czasów drugiej wojny) konkurencją działającą w podziemiu.
No i był jeszcze Sebastian, który zastąpił niedawno zmarłego Stenara Roga, wiekowego dziadka, którego bardzo lubiłem, bo z nieznanego mi powodu mówił do mnie per “wnuczku” i częstował cukierkami. Zabawne było to, że nie był mentalnie chory, umysł miał bystry i niejednokrotnie to on odpowiadał za organizację różnego rodzaju festynów czy innych wydarzeń w mieście. Pozytywny człowiek, którego zastąpił jakiś grubas, o którym wiem tylko, że ma na imię Sebastian. Zapamiętałem jego imię, gdyż pierwsze co zrobił na pogrzebie Roga to przywitanie się ze mną słowami “Nazywam się Sebastian i jestem twoim nowym radnym”. Tylko sacunek do Stenara powstrzymał mnie wtedy od wepchnięia tej świni do grobu.
Wśród radnych wyróżniał się Van Graff, który po śmierci Stenara przejął tytuł najstarszego członka rady miasta. Był świadkiem pierwszej wojny nehelemskiej, a przynajmniej jej końcówki. Jego oczy spoglądały czujnie na awatara. Koncentrował się na każdym jego słowie. Jako jedyny dotrwał do końca monologu Delocka bez salwy oburzenia czy protestów. Gdy wychodziliśmy dostrzegłem, jak Delock wlepia w niego drapieżny wzrok, który po wyjściu przeniósł na mnie.
— Allion czeka w katedrze — powiedział gdy znaleźliśmy się w holu.
— Szybki jesteś — zauważyłem. Delock uśmiechnął się tylko i złożył dłonie za plecami.
— Ty też nie trać czasu Jack. W chwilę po śmierci Cheona na wszelki wypadek zamknąłem bramy miasta. Nikt nie wejdzie, nikt nie wyjdzie przez tydzień.
— Mam rozwiązać sprawę w mniej niż tydzień?
— Nie oszukujmy się Jack. Jeżeli to nie Secil jest sprawcą, to zrobił to ktoś, komu żadna blokada nie przeszkodzi. Więc nie, nie musisz. Masz kilka dni, ale wyświadczyłem ci tak wiele przysług, że nie mam zamiaru czekać nawet godziny dłużej. Równo za tydzień ogłoszę wyniki śledztwa, ale ostrzegam cię Jack… Jeżeli ludzie przyjdą z pochodniami po Secil, mogę być zmuszony do wcześniejszego wydania wyroku — Podał mi rewolwer, z którego strzelała Secil, skinął głową i bez słowa opuścił ratusz.

Było już późno. Świat dookoła pokrył się patyną zachodzącego słońca. Plac zupełnie opustoszał a konfetti leżało martwe w ten bezwietrzny początek wieczoru. Plac zamknięto dla ruchu cywilnego, ale w bocznych uliczkach dostrzegłem postacie wiercące mnie nienawistnym spojrzeniem. Ktokolwiek postawił zielone liberie na straży wokół placu zrobił głupią rzecz, ale ten problem odłożyłem na później.
We wrotach katedry powitał mnie chłód starych kolumn, grobowa cisza i iskrzące nienawiścią spojrzenie ucznia, który zamiatał szkło spod nóg.
— Niech pan sobie daruje — powiedziałem do niego rozkazującym tonem Moderatora. — zaciera pan ślady na miejscu zbrodni.
Minąłem go nie czekając na jego reakcję. Moje zainteresowanie od razu wzbudził wysoki, szczupły chłopak w granatowej liberii o srebrnym szamerunku. Chodził to w lewo, to w prawo przyglądając się kamiennym kawałkom pozostałym po cheonie, ale ani razu nie przekroczył niewidzialnej granicy, jaką tworzyły resztki jego naczynia. Zerknął na mnie gdy tylko echo moich kroków do niego dotarło.
Bez wątpienia był to Allion. Twarz miał wychudzoną a na nosie miał dość duże okulary o cienkich oprawkach z przypiętym łańcuszkiem. Miał nieco wysunięty podbródek i, co dziwne, na mój widok szczerze się uśmiechnął ukazując rząd zadbanych, dużych zębów.
— Ekhm — zasłonił teatralnie usta dłonią — Nazywam się Allion, foritariusz kongregacji… jak już pan zapewne wie. — Przywitał się ze mną krótkim uściskiem dłoni, którego nie mogłem mu odmówić.
— Jack. Jack Arizona.
— Słyszałem o panu — uśmiechnął się i pokazał palcem na prawe oko — To co? — klasnął w dłonie rozglądając się dookoła — em… Czy widział pan już może miejsce zbrodni? — powiedział Allion nachylając się w moją stronę i patrząc z ukosa. Nie wiem czemu zwróciłem na to uwagę, ale jego przesadnie zarysowane gesty wydawały się dziwne. Nie czekał jednak na moją odpowiedź. Sięgnął po notatnik i płynnym ruchem dłoni, z lekko uniesionym kciukiem, znalazł na (jak sądziłem) nienagannie zapisanej liście interesujący go punkt.
— Pozwoliłem sobie na wstępne badania miejsca zbrodni oraz lemegetonu chroniącego katedrę. Z chęcią porównam notatki z pana spostrzeżeniami.
Całe dorosłe życie spędziłem wśród Sprawiedliwych i nawet przypadkowa współpraca zrodzona na szlaku z nowo poznanym posiadaczem tego tytułu wydawała mi się naturalna. Teraz czułem dyskomfort jakiego w zasadzie nigdy w życiu nie doświadczyłem. Przyszło mi po raz pierwszy ściśle współpracować z kongregatem. Żeby tego było mało Allion wydawał mi się za młody na udział w takiej sprawie, ale też nie wyglądał na zdruzgotanego czy przerażonego faktem, że cheon nie żyje. Zawsze sobie wyobrażałem, że w takiej sytuacji cała kongregacja pada na podłogę i zalewa się łzami klnąc ten niesprawiedliwy świat. Zamiast łez w jego oczach tliła się iskra, której jeszcze nie potrafiłem odszyfrować.
— Kiedy Delock powiadomił cię o tej sprawie? — spytałem.
Allion zamrugał nieco zbity z tropu, nie spodziewając się najwyraźniej takiego pytania. Zdjął okulary, które luźno zawisły na łańcuszku i poszczypał się w dolną wargę. Nie wydawało mi się, że odpowiedź na to pytanie wymagała jakiegokolwiek przemyślenia, chyba że zastanawiał się na jej udzieleniem w ogóle.
— Nie musiał — odpowiedział w końcu — byłem tutaj, gdy to się stało — wyciągnął dłoń i wyprostował palec wskazując bliżej nieokreślone miejsce w katedrze. — Tam stałem.
— A dlaczego akurat ciebie wyznaczył do śledztwa?
Allion zaśmiał się nerwowo i nieco zakłopotany spojrzał w podłogę.
— No… tak jakby… To ja się do niego zgłosiłem.
— Jak to? — Spytałem szczerze zaskoczony — Czemu się zgłosiłeś? Z jakiego powodu?
Ciekawy byłem, czy Delock rozmawiał z Allionem przed, czy po rozmowie ze mną i korciło mnie, by wypytać o to kongregata. Musiałem jednak odpuścić, bo nie było to w tej chwili istotne.
— Wyjaśnienie tego nie jest takie proste. Złożyło się na to kilka czynników.
— Zamieniam się w słuch.
— Wszystko po kolei panie Arizona — uciął Allion — Na razie chciałem przekazać panu moje ustalenia.
Allion poprowadził mnie nawą boczną do pomieszczeń gospodarczych. Klaustrofobiczny i ciemny jak diabli korytarz ciągnął się prosto, bez żadnych zakrętów. Jedynym źródłem światła były niewielkie jasne promyki przebijające się przez nieliczne szpary w drzwiach wkomponowanych w ściany korytarza. Na samym jego końcu stało dwóch uczniów pilnujących solidnych, dębowych drzwi. Osadzone na metalowych zawiasach sprawiały wrażenie odpornych na każdą próbę sforsowania.Uczniowie przepuścili mnie i Alliona bez żadnego słowa, choć czułem na sobie ich nieprzychylne spojrzenia. Parasanga w kieszeni delikatnie zawibrowała, ale nie było w tym nic dziwnego.
Na środku prawie pustego pomieszczenia znajdował się lemegeton o co najmniej piętnastu fajerkach. Część glifów była zasłonięta białymi całunami. Na komodzie pod ścianą pozbawioną okien stała opasła księga w twardej oprawie.
— To jest lemka chroniąca katedrę? — spytałem próbując cokolwiek z niej zrozumieć. Nic z tego. Były to kolejne pierścienie z dziwnymi znakami poprzecinane liniami prowadzącymi od glifu do glifu.
— Zgadza się panie Arizona — odparł foritariusz zakładając ponownie okulary i nachylając się nad księgą — ale warto zacząć od księgi ceremonialnej. Czy wie pan, jak organizowana jest ta uroczystość?
— Wstąpienie? Niezupełnie.
— A więc tłumaczę — podniósł palec — bo to konieczne. Aby ewokować cheona, trzeba doprowadzić do odpowiedniej koncentracji dwaalu w miejscu jego zstąpienia. Nie jest to oczywiście warunek konieczny, ale takie miejsce jak katedra zapewnia im… hmmm… miękkie lądowanie w swoim desygnowanym naczyniu. W normalnych… to jest “codziennych” warunkach koncentracja Dwaalu nie jest wysoka, ale staramy się ją utrzymywać na ponadprzeciętnym poziomie.
— Dla Cheona?
— Dla nas. Ułatwia to zdecydowanie rzucanie hexów i tworzenie hexsteriów. Niestety przyciąga też Śniących.
— Zauważyłem.
— W każdym razie… Ceremoniał składa się z prób i głównej części. Próby nie są zupełnie na sucho, gdyż już w ich trakcie koncentrujemy przepływ dwaalu w katedrze. Dlatego goście zaproszeni do środka są specjalnie selekcjonowani. Nie mogą to być ludzie pana pokroju, bo to…
— Mojego pokroju?
— Tak… Eh… Proszę wybaczyć takie określenie — Allion potargał gęstą czuprynę lekko kręconych włosów — ale chyba wie pan, o co chodzi.
— Nie będę ukrywał, że się domyślam.
— Także tego… — spojrzał na mnie niby ukradkiem, cały się rumieniąc — Nie mogą być to… hmmm… zwykli statyści. Muszą być zaangażowani… Jakby to powiedzieć… duchem i sercem, inaczej tylko przeszkadzają.
— A ty też jesteś zaangażowany? — w sumie nie wiedziałem, skąd nasunęło mi się to pytanie, ale wprowadzanie fortariusza w zakłopotanie wydawało się łatwe i skrzętnie skorzystałem z tej możliwości.
— Ja? — podniósł dwa palce i pomachał nimi niczym werblami na niewidzialnych bębnach — Ależ oczywiście. Zawsze chciałem zobaczyć Cheona na żywo.
— To nie to samo co być zaangażowanym duchem i sercem — zauważyłem. Młody ponownie wyraźnie się zakłopotał a ja dobrze się bawiłem. Potarł nerwowo kark i spojrzał gdzieś w bok.
— Ma pan oczywiście rację panie Arizona. Ale w odpowiedniej chwili postaram się wytłumaczyć, że to też się poniekąd liczy.
Jego odpowiedź była tyleż tajemnicza, co wymijająca. Nie drążyłem jednak tego tematu bo niewiele wnosił do sprawy.
— No dobrze, a co to wszystko ma do rzeczy?
— Proszę spojrzeć na listę gości — z ulgą pokazał mi opasły tom na komodzie — Jeden z uczniów prowadził listę obecności zaproszonych do katedry gości. Każda próba odbywała się w pełnym komplecie z wyjątkiem jednego dnia. Wczorajszego.
— Na razie nie ma w tym niczego niezwykłego — zauważyłem, choć spodziewałem się, że młody foritariusz ma coś do powiedzenia na ten temat. Nie myliłem się, bo w jego oczach zatańczyła wesoła iskra.
— Tego właśnie dnia uczeń odpowiedzialny za sprawdzanie obecności musiał zostać z powodów prywatnych w dormitorium. Zastąpił go ktoś inny.
— Kto?
— Ja.
— Wciąż nie rozumiem, co to ma do rzeczy.
— Za chwilę pan zrozumie, panie Arizona. Otóż dziś, w czasie Wstąpienia na miejscu nieobecnej osoby stała białowłosa dziewczyna… Coś się stało panie Arizona?
Ta informacja wzięła mnie nieco z zaskoczenia i przez to nie zapanowałem chyba nad swoją mimiką.
— Chyba wiem, o kim mówisz. Te białe włosy trochę się wyróżniały w tłumie.
Nie powiedziałam mu prawdy, bo nie byłem pewny, co Allion zrobi z tą informacją. Wolałem zachować jak najwięcej asów w rękawie. Allion chyba nie wyczuł, że coś ukrywam, a przynajmniej miałem taką nadzieję.
— Niby nic podejrzanego — kontynuował z zafascynowaniem — ale wczoraj wieczorem ta sama dziewczyna pojawiła się w pobliżu katedry, jednak nie zbliżyła się nawet do wejścia, gdzie stałem sprawdzając obecność. Widziałem, jak rozmawia ze strażnikami, którzy ją odganiali, jakby była Śniącym. Nie wiem czemu nie weszła do środka, choć najbardziej oczywisty powód nasuwa się sam: nie była na liście.
Wyglądało na to, że nie był świadkiem mojego randewu z białowłosą. Albo też postanowił trzymać karty przy orderach.
— Ale na poprzednich próbach była? — dopytałem.
— Można tak przypuszczać.
— I na Wstąpieniu?
— Tak. Na pewno ta sytuacja wymaga wyjaśnienia. Chciałem od razu wyklarować, że byłem obecny na wszystkich próbach, ale nie zwróciłem wcześniej uwagi na tą białowłosą dziewczynę. W zasadzie na nikogo nie zwracałem uwagi — dodał ciszej. — Nieobecną osobą była Ewa Cole, protegowana Hanzy w prefekturze Hirugarten. Musimy ustalić czy białowłosa to Ewa Cole, a jeżeli nie, to kim była.
— Czy pani Cole jest goetką?
— Nie, z tego co mi wiadomo to nie. Skąd to pytanie?
— Profilaktycznie — poklepałem się po rewolwerze. Kwaśna mina Alliona podpowiedziała mi, że złapał się na to nieprzyjemne kłamstewko z mojej strony. Na razie wiedziałem, że białowłosa dziewczyna nie była panną Cole, ale postanowiłem zostawić tą informację dla siebie — nie patrz tak na mnie — dodałem — jeżeli białowłosa dziewczyna to pani Cole, i jeżeli miała coś wspólnego ze śmiercią Cheona, to bez pomocy goecji byłoby jej trudno go zabić. A to — poklepałem ponownie rewolwer — są środki bezpieczeństwa.
Spojrzałem na okręgi wymalowane czarną farbą przez staranną rękę jakiegoś artysty.
— Co zakrywają te szmatki? — wskazałem na cztery zasłonięte fragmenty. Allion podszedł do lemegetonu i nachylił się nad nim, zaglądając pod gałganki.
— Valory zapisane glifami. Nie można ich pokazywać nieuprawnionym, chyba rozumie pan czemu.
— A czyje są to valory?
— A jakie ma to znaczenie? — spytał Allion podejrzliwie — skoro i tak nie zna się pan zbyt dobrze na lemegetonach?
— No dobrze, to spytam inaczej — poddałem się od razu. — Z tego co mówił Delock, to autorem tego lemegetonu jest Taegan. Jeden z uczniów wspomniał mi w trakcie wstąpienia, że niektóre hexy są zablokowane. Rozumiem, że ten lemegeton odpowiada za to działanie.
— Z gruba się zgadza.
Moja wiedza na temat lemegetonów była dość ograniczona, choć Montana próbował mi ją wpajać, ale niewiele rozumiałem ponad pewne podstawy. Lemegetony są bazą wszelkich hexów i aby go rzucić, należy wywołać przepływ przez taki lemegeton. Aby ułatwić sobie życie goeci, czy to związani z kongregacją czy nie, używają starterów, w których jakimś cudem zawarte są lemegetony. Startery zawsze budziły moją ciekawość, bo wydawało mi się niezwykłym, że w takim malutkim kamieniu ktoś potrafi umieścić jakikolwiek lemegeton. Jak to robiono i jak to działało pozostawało dla mnie tajemnicą, ale Allion mógłby mi to kiedyś wyjaśnić, bo wewnątrz Kongregacji jego zakon zajmuje się procesem synchronizacji startera z goetą.
Awatarzy stanowili wyjątek od tych zasad i są zdolni, dzięki swym patronom, rzucać hexy bez potrzeby rysowania i aktywacji przepływem lemegetonu.
— Dlaczego pozwalacie, by można było rzucać hexy w ogóle? Czy to nie zbędne ryzyko i potencjalna luka?
Allion zrobił dziubek i pokiwał głową na boki.
— Z jednej strony ma pan rację, ale musi pan też zrozumieć, że niektóre hexy są potrzebne ich użytkownikom do prawidłowego funkcjonowania. Pomijam tu hexy kosmetyczne, tu chodzi o, na ten przykład, hexy lecznicze.
Hexy kosmetyczne! Teraz zrozumiałem, co mi jeszcze nie pasowało w jego osobie: Allion nie stosował hexów kosmetycznych. Większość goetów, a tym bardziej kongregatów skrzętnie korzysta z upiększających możliwości jakie daje goecja. Zawsze wypolerowani na wysoki połysk, pozbawieni zmarszczek, pryszczy, niesymetryczności, bruzd i piździwąsika… Allion był “naturalem” mimo, iż wielu goetów na jego miejscu zaczynałoby dzień od zaczarowania swojej buźki. Nie oznaczało to w żadnym wypadku, że Allion jest brzydki. Był… normalny. Gdyby założył sweter zamiast liberii, mógłby uchodzić za szarego obywatela sprzedającego nektarynki na straganie. Goeci nie lubili uchodzić za szarych obywateli sprzedających nektarynki na straganie. Kongregaci za to nie lubili uchodzić za cokolwiek poza personifikacją kanonów.
— A to nie jest tak, że wystarczy jeden hex i jesteś zdrów jak ryba?
— To nie tak panie Arizona, a przynajmniej nie do końca. Z chęcią przybliżę panu niuanse działania takich hexów, ale nie jest to przedmiotem tej sprawy. Zapraszam na kawę po godzinach pracy — uśmiechnął się uprzejmie. Propozycja była interesująca nie tylko dlatego, że byłem laikiem w tej sprawie. Pierwszy raz od dawna spotkałem goetę—kongregata tak chętnie dzielącego się wiedzą. Całe życie polegałem na wiedzących albo zegerach, i nie przypominam sobie, bym musiał korzystać z zaawansowanej pomocy medycznej goetów, przez co nie wiedziałem, jak to może działać.
— Jesteśmy w stanie ustalić, czy ktoś próbował rzucać hexy w trakcie Wstąpienia?
— Poniekąd, ale trzeba spytać o to Taegana, w końcu on tworzył ten lemegeton. Jest tu kilka glifów, których konfiguracja, odwołania i wzajemne synergie pozwalają ustalić twórcy lemegetonu tkane hexy.
— Na co jeszcze pozwala ta lemka?
— Ogólne założenia tego lemegetonu to ochrona wnętrza katedry. Różnego rodzaju bariery fizyczne i umysłowe, kontry na popularne hexy, są tu też pochłaniacze, tłumiki i tarcze rewersowe. Taki kombajn obronny. Valory wpisane w pierścienie pozwalają ich właścicielom rzucać hexy niemal bez ograniczeń… Poza jednym, i to jest trochę dziwne.
— Zamieniam się w słuch.
— Otóż… — Allion zawahał się wyraźnie mierząc mnie wzrokiem — nie wiem, czy powinienem o tym panu mówić, bo może pan to źle zrozumieć. Sam nie jestem do końca pewny, co to oznacza.
— Teraz to już nie masz wyjścia — nie ukrywałem irytacji w moim głosie.
— Ten lemegeton tak jakby… eeee… wyraźnie zabrania Awatarowi Lobeofi rzucać hexy.
Nie ukrywam, zrobiło mi się wtedy ciepło. W pierwszym odruchu widziałem tutaj czyjąś nieczystą grę, ale nijak nie pasowało to do żadnych teorii, które tłukły mi się w głowie. Niemniej brzmiało to poważnie, ale na ile poważnie? Nie miałem teraz pojęcia.
— Czyli Taegan coś zmajstrował przy lemegetonie?
— Nie. Taki lemegeton wymaga długiego planowania, nie można go ukradkiem albo w ostatniej chwili przepisać. Po prostu zwróciło to moją uwagę i może ma to swoje uzasadnienie. Warto spytać Taegana — wzruszył ramionami — A jakie są pańskie spostrzeżenia?
Nie bardzo chciałem się nimi dzielić z Allionem. Z wierzchu budził zaufanie, ale nauczony doświadczeniem po prostu nie ufałem kongregatom. Problem w tym, że na goecji znałem się jak zeger na leczeniu syfa. Foritariusz kongregacji pod ręką był nieocenioną pomocą, ale w obliczu zbrodni Secil miałem wrażenie, że każdy zakonnik będzie chciał ją jak najszybciej powiesić.
Wróciliśmy do prezbiterium, gdzie zająłem honorowe miejsce obok posągu Vespy. Miałem ochotę się o niego oprzeć, ale czułem na sobie zimne spojrzenie zakapturzonego ucznia, który tylko czekał na pretekst, by pogonić mnie miotłą.
— Secil strzelała z tego balkonu — wskazałem miejsce Allionowi. — A ja stałem tam — wskazałem drogę między wejściem do katedry a prezbiterium. — W momencie strzału stały się na pewno dwie rzeczy. Po pierwsze słyszałem wyraźny dźwięk rykoszetu i pękającego szkła — wskazałem na słupkowaty witraż za prezbiterium, który przedstawiał zapewne jakieś ważne wydarzenia z historii kongregacji. Środkowy słupek był popękany, miejscami całkowicie rozbity. — Rykoszetująca kula musiała przebić witraż. Mógł też zostać uszkodzony w wyniku rozpadu pomnika.
— Ekhm… Naczynia — poprawił mnie Foritariusz — rykoszet od czego?
— Nie wiem. Powinien nastąpić od bariery. Nawet jeżeli Taegan nie postawił jej tak szybko, to zwykła kula powinna odbić się od kamienia. Oczywiście nie mam pojęcia, jak zachowuje się ożywiony kamień, nigdy nie strzelałem do cheona, ale myślę, że zwykła kula wciąż nie powinna zrobić na nim wrażenia. Warto tu dodać, że jestem przekonany, że Secil nie mierzyła w kogokolwiek. Jej celem było zrobienie zamętu, przerwanie ceremonii. Może celowała i bezpośrednio trafiła witraż.
— Mówił pan, że najpierw słyszał rykoszet.
— Nie. Mówiłem, że słyszałem te dwie rzeczy, ale nie mogę powiedzieć na pewno, jaka była ich kolejność.
— A gdyby kula była wykonana z eodium, to też by rykoszetowała?
Podobało mi się, że użył słowa “gdyby”.
— Na pewno przebiłaby barierę — odpowiedziałem szczerze — Tak jak powiedziałem nie wiem, jak zachowuje się trafiony żywy kamień, tym bardziej prymerytem.
Powiedziałem mu zdecydowanie mniej, niż wiedziałem naprawdę. Takie kule nie są zbyt twarde i łatwo się kruszą, często już w trakcie strzału rewolwer zamienia się w śrutówkę; dużo zależy od umiejętności danego zegera, który wykonał kulę. Nie chciałem jednak poruszać tej kwestii, bo nieuchronnie pociągnęłaby za sobą temat zegerów, który musiałbym uciąć. Im mniej kongregacja wie na temat zegerów, tym lepiej.
— Delock wspomniał — podjąłem po chwili — że cheon nie czuł się zagrożony. Kto jak kto, ale taka istota powinna wyczuć, czy Secil jest niebezpieczna.
— Pod warunkiem, że ktoś nie maskował obecności eodium — odbił Allion. — Wiem, że istnieją pojemniki pozwalające ukryć obecność tego minerału i niewykluczone, że rewolwer, z którego strzelała pani Secil takie ekranowanie posiadał.
Byłem pod wrażeniem wiedzy Alliona. Tym razem spudłował, ale w przyszłości może trafić w dziesiątkę. Jego przenikliwość była jak miecz obosieczny. Mogła okazać się bardzo pomocna, albo bardzo problematyczna.
— W takim razie — wyciągnąłem rewolwer wetknięty za pasek — proszę. Można go zbadać pod kątem ekranowania.
— Z niego strzelała Secil?
Skinąłem głową. Allion podszedł bliżej i przyjrzał się uważnie broni, nim wziął ją do ręki. Jak każdy żółtodziób chwycił ją w nieporadny sposób i nieomal upuścił, nie spodziewając się najwyraźniej, że może być tak ciężka.
— Na pewno to sprawdzę, panie Arizona — Schował broń do skórzanej torby, która leżała pod prezbiterium. Pogodziłem się z jej stratą (nie łudziłem się, że mi ją teraz za szybko oddadzą, o ile w ogóle), ale nie była to zbyt wielka cena za ocalenie Secil.
— Jeszcze prymeryt, panie Arizona — powiedział nagle Allion wyciągając dłoń — bez prymerytu nie sprawdzę możliwości ekranujących rewolweru.
— Ah tak? — burknąłem, ale nie było sensu się stawiać. Prymeryt był cholernie cennym nabojem i czułem się, jakbym oddawał jedną szóstą mojego majątku. Niechętnie sięgnąłem do pasa, wyjąłem ze slotu jeden pocisk z czarną główką i z namaszczeniem położyłem na wyciągniętej dłoni.