II. Intruz.

Technologia. Magia tak powszechna, tak oczywista, że nie nazywa się jej magią. Setki lat odkryć zrodzonych z ciekawości leżącej w ludzkiej naturze zakorzeniły ją w świadomości jako integralną część rzeczywistości. Człowiek ją ujarzmił. Skuł tabelami, teoriami, zasadami i definicjami. Sięgnął poza empiryczny świat i porozumiał się z nim językiem matematycznych wzorów. Sięgnąłby jeszcze dalej, tam, gdzie żadna istota do tej pory nie dotarła, być może do samego centrum stworzenia, istoty kreacji, początku wszystkiego. Potem przybyli oni.

— Mun, księżycowe hexterium.

Tego dnia powietrze wibrowało od hymnów i pieśni wznoszonych na cześć Lobeofa i cheona cudów. Kolorowe wstęgi rzucane w górę przez rozradowany tłum mieszały się ze srebrzystym konfetti błyszczącym wesoło w promieniach Słońca. Przed katedrą, na Placu Wstąpienia, zebrali się licznie mieszkańcy i pielgrzymi radując się ze wstąpienia awatara. Z tej okazji rozwinięto karminowy, zamszowy dywan, który ciągnął się od ratusza przez cały plac, wspinał po niskich stopniach katedry i znikał w jego mrocznym środku. Gdy tylko słońce wzbiło się wysoko nad na bezchmurny, błękitny horyzont, z ratusza wyruszyła niewielka procesja z Lobeofem na czele. Pozdrawiał on tłum zgromadzony na placu wypinając dumnie pierś okraszoną złotą liberią. Zaraz za nim unosili się lekko uczniowie kongregacji odziani w czerwone szaty z przepastnymi kapturami. Zamykali w swojej formacji gości honorowych, czyli wyselekcjonowanych mieszkańców Palisady oraz kilku przyjezdnych eminencji. Syn Lobeofa był członkiem straży i skrywał swoją twarz w cieniu czerwonego kaptura. Kilkuletnia córka awatara, piegowata Jaspis, siedziała na mocarnym ramieniu Taegana Żelazne Serce, awatara cheona ognia, moderatora ceremonii. Aron i Joel kroczyli u jego boku pozdrawiając rozradowany tłum. Pochód dotarł do katedry bez żadnych niespodzianek i zniknął w katedralnym półmroku, zostawiając przy wrotach straż uczniowską. Nikt ze zgromadzonych na placu nie ośmielił się wkroczyć na czerwony szlak, który będzie służył procesji w drodze powrotnej. Po zakończeniu ceremonii rozpocznie się festiwal trwający do późnej nocy.
Nagle na czerwonym dywanie pojawił się człowiek o szatynowych, potarganych włosach. Zerwał się biegiem w stronę katedry ściskając w dłoni mocno pognieciony kapelusz. Kilkanaście rąk próbowało powstrzymać jego bluźniercze zapędy, ale intruz dopiął swego i biegł wpatrzony w otwarte wrota katedry otoczony protestami i nieprzychylnymi gestami ludzi dookoła. Nie potrzeba było więcej niż kilku sekund, by czworo postaci w czerwonych szatach zerwało się spod wrót i otoczyło nieznajomego.
— Jack? — odezwał się Boreas, rozpoznając w intruzie swojego wujka. — Co do cholery?
— Bo… Boreas — Jack próbował złapać tchu — Secil…
— Co chcesz od mamy? — Boreas pomachał dłonią odganiając pozostałą trójkę wyraźnie chcących sięgnąć po starter. Był wściekły na wujka, dlatego jego głos podszedł jadem, ale wspomnienie imienia jego matki skuło jego serce lodem.
— Ona.. Ma… Moją Broń… — Wysapał z trudem Jack i złapał Boreasa za karminowe szaty gniotąc srebrny półokrąg wyszyty na piersi ucznia. Oczy Boreasa szeroko się otworzyły, gdy znalazł potwierdzenie słów wujka w pustej kaburze Jacka — Ona chce zatrzymać…. Za wszelką cenę… Szybko Boreas…
Boreas palcem wskazał na wujka wydając niemy rozkaz. Trójka bezimiennych uczniów zaszeleściła płachtami karminowej szaty grodząc Jackowi drogę. Boreas wzniósł się lekko w powietrze i ruszył niczym zefir w stronę katedry, rozrzucając zaległe na dywanie konfetti. Jack usiadł na kolanach i pozwolił, aby pot spływał mu z czoła studząc rozgrzaną głowę. Oddychał łapczywie próbując zasilić organizm brakującym tlenem. Czuł suchość w ustach i ogień w płucach, ale wszystko to przyćmiewał strach o Secil. Miał nadzieję, że skradziony rewolwer to jedynie rekwizyt w teatrzyku, który chciała odstawić.
Nogi zamieniły się w watę i już chciał usiąść, ale uczniowie nagle rozstąpili się i wskazali dłonią katedrę. Nie wiedział skąd ta nagła zmiana, ale było mu to na rękę i jeżeli chcą go zaprowadzić do środka, to nie miał zamiaru oponować. Zamknęli go w trójkątnej formacji i ruszyli powolnym ślizgiem niskiej lewitacji. Drażniło go ślimacze tempo, ale jeżeli będzie próbował się wyrwać, zatrzymają go i nawet kaptur im nie zatrzepocze z wysiłku. Gdy świadkowie zajścia zobaczyli, że Jack prowadzony jest grzecznie do katedry powrócili do swoich modłów i powietrze znów wibrowało od radosnych śpiewów. Parasanga Jacka wibrowała w kieszeni z każdym krokiem zbliżającym go do katedry. Kolisty witraż nad wejściem był ogromny i rozbijał promienie wpadające do środka na kolorowe snopy światła, wypełniając wnętrze magiczną aurą. Przejście przez próg było jak przekroczenie granicy światów. Harmider za plecami przycichł nienaturalnie i wydawał się odległy, obcy, jakby był wczorajszym snem.
W katedrze panowała atmosfera duchowej uroczystości. Chłodne powietrze oblało skórę, zapach ostrych kadzideł drażnił nozdrza a w uszach dźwięczały zbiorowo szeptane wersy mistycznych inkantacji. Kroki Jacka niosły się echem pośród wysokich kolumn zdobionych historycznymi ornamentami. Zgromadzeni wewnątrz ludzie nie znaleźli się tu w wyniku przypadku. Byli to specjalnie wyselekcjonowani goście, ustawieni według odgórnie ustalonego porządku. Może i mieli w sercu radość i życzliwe, pełne miłości pieśni cheonów, ale obserwowali Jacka z pewnym obrzydzeniem wypisanym na twarzy. Jack natomiast czuł się jak na pogrzebie.
Dusił się. Dusił się nie tylko z powodu zaognionych z wysiłku płuc po szaleńczym sprincie. Dusił się uniosłą atmosferą. Czuł, że jest jedyną osobą, która nie uległa tej zbiorowej hipnozie i narkotycznym oparom. Wyczuwał nieuchwytną, fałszywą nutę, która nie pozwalała mu poddać się ogólnej euforii. Na pewno nie pomagał fakt, że nie przybył tu dla brata. Rozglądał się intensywnie za Secil, wypatrywał czerwonej sukni, która powinna się wyróżniać wśród ubranych na biało ludzi. Cholera, może już miała wyciągnięty rewolwer. Może kurek się właśnie odchyla. Jack chciał wierzyć, że broń posłuży jedynie jako straszak, ale skoro była na tyle zdesperowana, żeby ukraść mu także kulę…
Lobeof stał pomiędzy klęczącymi posągami. Byli to niegdyś Awatarzy, po których pozostała skamieniała ziemska skorupa, ślad po ich ludzkim życiu. Posągi te stały jeden obok drugiego przed stopniem prezbiterium, głównej scenie jednego aktora, którym był dziś Lobeof. Nad awatarem górowało naczynie Cheona Cudów, przy którym wydawał się śmiesznie mały. Trzymetrowy, nieskazitelnie biały, marmurowy posąg o bogato zdobionej koronie, kobiecej twarzy i ciele szczupłego mężczyzny otulonym pozłacanymi szatami. Złota aura zmieszana z kolorowymi refleksami witraża otaczała posąg a na uniesione dumnie czoło opadała srebrna nitka utkana ze światła. Parasanga dostawała szału, ale Jack dzielnie ją ignorował. Taksował za to spojrzeniem śmietankę towarzyską miasta, która dostąpiła zaszczytu przebywania wewnątrz katedry. Szukając Secil, dostrzegł tam inną znajomą twarz. Jeszcze wczoraj widział białowłosą kobietę na placu rysującą wnętrze katedry, a dziś dzielnie mamrocze pod nosem swoje modły wpatrzona w naczynie Cheona Cudów. Nagle marmurowa rzeźba poruszyła się zupełnie swobodnie, jakby nie była już z kamienia — Cheon zstąpił do Ogrodu, świata śmiertelników.
— Dziś stajesz się jednym z Bastionem. — usta naczynia się nie poruszyły, ale głos Cheona skierowany do awatara rozległ się także w głowach zgromadzonych. Jack też je słyszał, były jednak zniekształcone i odległe, jakby pochodziły zza grubej ściany. Był za to ciepły i działał uspokajająco.
— To wspaniałe, że do nas dołączysz. Jesteś gotowy.
Jack nie mógł nie być pod wrażeniem. Nigdy do tej pory nie widział Cheona z tak bliska, a ujrzeć na własne oczy ożywiony kamień było niezwykłym przeżyciem. Jego gruba skóra nie okazała się tak gruba jak się spodziewał i złapał się na tym, że rozdziawił usta jak pięciolatek na widok kolorowych prezentów.
— Ale ja nie jestem! — wściekły głos Secil rozniósł się echem po katedrze wytrącając wszystkich z transu. Joel i Aron spięli się jak koty gotowe do skoku i zacisnęli dłonie na włoczniach valoru, szukając wzrokiem źródła głosu. Jack zlokalizował Secil niemal od razu i utkwił w niej swoje zaniepokojone spojrzenie. Stała na wysoko osadzonym balkonie nad wschodnią nawą, celując z rewolweru Jacka w kierunku prezbiterium. Nie widział dobrze jej twarzy, ale po głosie i pewnej dłoni zrozumiał, że sprawy przybrały zły obrót. Wolałby, żeby była roztrzęsiona i zapłakana, może by odpuściła wtedy po krótkiej perswazji, jednak determinacja z jaką wypowiedziała te krótkie słowa oraz sztywna postawa strzelca nie rokowały pokojowego rozwiązania sytuacji. Na pewno nie miała wcześniej rewolweru w ręce, pomyślał Jack, więc gdyby coś jej strzeliło (nomen omen) do głowy, to ślepy los może posłać śmiertelną kulę każdemu obecnemu. Wolałby, żeby lufa skierowana była do góry i dziwił się, że Secil tak ryzykuje. Jeżeli jej celem było przerwać ceremonię, to mogła dopiąć swego bez mierzenia w kierunku cheona.
— Mama? — Boreas pojawił się na balkonie po przeciwnej stronie katedry. Ściągnął kaptur, żeby lepiej się przyjrzeć, jakby nie dowierzał, że to może być ona. Czerwona suknia nie pozostawiła wątpliwości.
— Secil! Kochanie! Co ty robisz!? — krzyknął Lobeof zrywając się z kolan. Kamienna twarz Cheona zwróciła się ku żonie awatara, jego lekki krok sprowadził go z piedestału, jednocześnie uniósł lekko dłoń, dając niemy rozkaz Awatarom na powstrzymanie walecznych zapędów. Zapadła cisza, wszyscy zastygli bez ruchu. Jack domyślił się, że Cheon przemawia tylko do Secil, bo dłonie trzymające broń lekko opadły.
— Nie możecie rzucić jakiegoś hexa, który ochroni ludzi i Cheona? — szepnął Jack do jednego z uczniów.
— Nie wolno nam w katedrze rzucać hexami, bo oberwiemy rewersem. Tylko Awatarzy mogą.
— Przed chwilą lataliście. Albo macie śmigło w dupie, albo to był hex.
— Zamknij się — usłyszał w odpowiedzi.
Cheon wysublimowanym krokiem wrócił na piedestał i odwrócił się ku Lobeofi, który przyklęknął. Najwyraźniej rozmowa się skończyła.
— Przykro mi, Secil — powiedział Lobeof — Tego właśnie chcę. Dla naszego dobra. Dla dobra wszystkich.
Posąg przyklęknął na swoim podeście i położył swoją wielką dłoń na głowie uniżonego awatara, jakby głaskał szczeniaczka. Powietrze wypełniło się zapachem burzy, awatar zastygł w bezruchu, gdy Cheon czynił swoją powinność zupełnie ignorując celującą w jego kierunku Secil.
— Nie, Lobi — tak zimny ton zwiastował jedno — Robisz to dla siebie. Jesteś egoistą… Ale ja też!
Broń wypluła ogień w akompaniamencie eksplozji brzmiącej jak grzmot. Akustyka katedry robiła wrażenie. Ludzie padli odruchowo na ziemię, awatarzy wznieśli barierę, bryznęły iskry, świst rykoszetu zadzwonił w uszach, rozległ się dźwięk pękającego szkła.

Pierś cheońskiego naczynia pokryła się pajęczyną pęknięć.