I. Krematorium

Dwaal leczy, dorabia cycki, sprowadza klęski i powoduje, że wieloryby latają, ale tylko pod warunkiem, że postawisz parę kresek w kółku? Trzeba wydawać licencję na kredę. Przecież jak jakiś mały dzbuk będzie miał zły dzień, bo matka go sprała za jaranie szlugów, to wypierdoli chatę w kosmos za pomocą trzech kółek z rysunkiem chuja w środku.

— Billy O’Massachusetts

Obóz jeniecko—więzienny w Hamaus potocznie nazywany jest Krematorium. Do środka nie wpada nawet gram światła słonecznego a wnętrze, ze względu na spory odsetek osadzonych parających się goecją, miast zimną barwą błędników oświetlony jest setkami pochodni. Jest to uporczywe zarówno dla osadzonych jak i dla kadry zarządzającej, która uznaje ten ośrodek za wyjątkowo prymitywny. Jednak taka jest konieczność, takie są środki bezpieczeństwa. Niektórzy powiedzą, że zamurowane okna są irracjonalnym zabiegiem nie mającym wpływu na bezpieczeństwo, ale starszy klucznik Zufit nie zgodzi się z tym stwierdzeniem. Dwanaście lat temu wrzucono przez okno starter, dzięki czemu jeden z osadzonych wywołał sporych rozmiarów zamieszki, które pochłonęły ponad 20 ofiar śmiertelnych tylko wśród kadry zarządzającej. Zdarzenie to nazwano buntem zero—jeden—dwa, ponieważ to właśnie osadzony o tym numerze rozpoczął trwające przez szesnaście dni zamieszki. Wtedy właśnie i tak nieliczne okna zostały zamurowane. Wnętrza dziesięciu galerii, z których składała się sekcja więzienna obozu więzienno—jenieckiego Hamaus okryły się mrokiem i wraz z rozpaleniem pierwszych pochodni przylgnęła nowa, nieoficjalna nazwa — Krematorium.
Nie było to przyjemne miejsce. Kontakt z innymi osadzonymi ograniczano do minimum. Ruchu mieli mniej niż psy wyprowadzane na spacer, przez co większość czasu spędzali w swoich zimnych, brudnych celach. Klucznicy byli bezimiennymi strażnikami i nie rozmawiali z więźniami, wydawali tylko polecenia i pilnowali porządku na galeriach. Nie było żadnej oficjalnej rozrywki i żadne informacje nie przedostawały się spoza murów. W takich warunkach umysły i ciała osadzonych ulegały powolnej korozji, do czego dokładały się takie rzeczy jak marnej jakości i konsystencji jedzenie oraz higiena polegająca na wylaniu na człowieka dwóch wiader zimnej wody dwa razy w tygodniu. Nietrudno było tu o choroby ciała, ale te (w przeciwieństwie do chorób umysłu) były bardzo szybko i sprawnie leczone. Kadrze zarządzającej zależało, by każdy osadzony odsiedział swój wyrok w całości i zapobiegali wszelkim próbom ucieczki — czy to poza mury, czy też w objęcia śmierci.
Wieczny mrok, który panuje nieprzerwanie od dwunastu lat, zaburzył wewnętrzny zegar osadzonych. Wraz z blaskiem dnia zabrano im upływ czasu, zatem i tak niezbyt przyjemny pobyt w obozie stał się jeszcze bardziej uciążliwy. Przed buntem osadzeni pilnowali upływu dni za pomocą snopów światła, które zwiedzały wnętrze galerii stałymi ścieżkami. Gdy zamurowano okna, każdy znalazł swój własny sposób na mierzenie czasu, co szybko doprowadziło do kłótni i konfliktów. Osadzeni znaleźli w końcu sposób na poradzenie sobie z tym stanem rzeczy — zaczęli bardziej przestrzegać rutyny dnia. Budzenie rano było zawsze koło siódmej, śniadanie o dziewiątej, obiad między dwunastą i trzynastą, wybieg nie później niż o czternastej, porządki o siedemnastej… wiele czynności będących częścią porządku dziennego Krematorium stało się sposobem na mierzenie czasu. Pojawiła się nowa, nieoficjalna funkcja “kalendarzowego”, który pilnował upływu dni i dbał o to, by na zawołanie podać dzień miesiąca, nazwę dnia i nierzadko też musiał oszacować konkretną godzinę. Funkcję tę pełnił zazwyczaj ktoś z pierwszych cel, od których klucznik zaczynał budzenie. Metalowa kryka (tępy metalowy pręt z drewnianą rączką, zaostrzony na końcu, główne narzędzie i broń porządkowa klucznika) uderzała w kratę osadzonego, który jak tylko wykonał zaprawę darł się na całą galerię “poranek! Siódma!”. “Zaprawa” w nomenklaturze osadzonych oznaczała wykonanie poleceń klucznika, który robił poranny obchód cel wraz z asystentem.
Ten dzień nie zapowiadał się inaczej. Metalowa kryka uderzała w kolejne cele, osadzeni wykonywali zaprawę a asystent klucznika sprawdzał stan osadzonego i sporządzał notatki z obchodu.
— Wstawaj dwa—dziewięć—zero… pokaż imadła… imadła do góry… obrócić się… chory?
— Nie.
— Jaki jest twój numer?
— Dwa—dziewięć—zero.
Pytanie o numer miało dwie funkcje. Po pierwsze było sposobem wpojenia osadzonemu, że tu nie ma tożsamości, że jest tylko numerkiem. Obdzierało to powoli, acz skutecznie z przejawów indywidualizmu, własnej myśli i charakteru, co pozwalało sprawować lepszą kontrolę nad osadzonym. Był to też prosty sprawdzian stanu mentalnego. Nie chodziło tylko o prawidłową odpowiedź, ale sposób jej udzielenia. Doszukiwano się wahań, braku reakcji, seplenienia, jąkania i wielu innych czynników sugerujących, że więzień traci piątą klepkę. Dla takich czekała galeria pierwsza, azyl dla mentalnie chorych więźniów.
Numer osadzonego nie był wbrew pozorom kolejnym numerem więźnia. Numer składał się z trzech cyfr i każda oznaczała coś innego. Dlatego też nie mówiono na osadzonego “trzysta osiemnaście”, tylko “trzy—jeden—osiem”. Żaden z osadzonych nie znał systemu przydzielania anii funkcji poszczególnych cyfr. Było wiele pomysłów i spekulacji, ale nie można było ich w żaden sposób potwierdzić. Nie było też obawy o powtórzenie numeru, gdyż na każdą galerie przypadało dwadzieścia cel, co łącznie dawało miejsce dla dwustu osadzonych.
Obchód przebiegał normalnie aż do siódmej celi znajdującej się na drugim piętrze.
— Wstawaj zero—zero—trzy — zmusztrowany głos klucznika galerii pierwszej był obdarty z emocji. Suche i zimne polecenia były wbrew pozorom oznaką sympatii, gdyż od czasów buntu zero—jeden—dwa wrogość i jad były odwiecznym składnikiem tonu kluczników. Zero—zero—trzy zrzucił koc i stanął gołymi stopami na zimnej posadzce bardzo sprawnie, mimo zakutych w imadła dłoni. Na samym początku pobytu miał z tym ogromne trudności, gdyż Imadła były ciężkie i bardzo niewygodne, całkowicie zamykały dłonie w metalowych kloszach, w stanie permanentnego zaciśnięcia pięści, ale lata mijały a wprawa wzrastała.
— Podejdź do drzwi, imadła do pasa.
Zero—zero—trzy zawahał się. Każdy dzień z dwudziestu lat pobytu w krematorium był taki sam i zaczynał się tak samo. Zabrakło standardowej “zaprawy”, co oczywiście się zdarzało, ale bardzo rzadko i nie wróżyło niczego dobrego.
— Dalej zero—zero—trzy — klucznik pośpieszył go znudzonym głosem. Osadzony podszedł do krat, przyciskając zamknięte w stali dłonie do brzucha. Klucznik przypiął imadła krótkim łańcuchem do metalowego pasa powleczonego skórą znajdującego się na biodrach każdego osadzonego. Uniemożliwiało to wymachiwanie ciężkimi imadłami jak prowizorycznym obuchem i jeszcze bardziej ograniczało ruchy.
— Na wyko.
Zero—zero—trzy cofnął się i usiadł na łóżku. Klucznik w tym czasie odnalazł klucz i otworzył drzwi celi. Wraz ze szczeknięciem zamka wielu osadzonych przycisnęło swoje twarze do krat próbując zobaczyć i usłyszeć cokolwiek z tego niecodziennego zdarzenia.
— To zero—zero—trzy! — Krzyknął ktoś informując wszystkich osadzonych o miejscu akcji.
Klucznik zamachnął się kryką w metalową barierkę, która zadzwoniła donośnie rezonując metalowym echem po całej galerii.
— Cisza! Na wyko! Wszyscy! — Klucznik spojrzał na asystenta i dodał bardzo głośno — odnotuj każdego, kto nie wykona polecenia!
Asystent miał marne szanse wyłapać każdego, kto by się nie podporządkował, ale nie musiał tego robić. Klucznik mógł potem wybrać dowolnych osadzonych i zrobić z nich przykład. W historii Krematorium było kilka niepokornych osobników, którzy bardzo szybko zostali przywołani do porządku i już więcej nie sprawiali kłopotów. Takie lekcje zawsze zapadały w pamięć, więc po chwili szurania i skrzypienia łóżek ogólne poruszenie zanikło i ponownie zapadła cisza. Nikt nie chciał dostać dyscypliny z tak głupiego powodu. Klucznik jeszcze chwilę przysłuchiwał się ciszy, wodząc groźnym spojrzeniem po widocznych celach. Ukontentowany efektem ponownie spojrzał na zero—zero—trzy. Otworzył drzwi celi do końca i delikatnie postukał w nie kryką.
— Będą kłopoty? — pytanie to padało zawsze, gdy istniał choć cień szansy na niesubordynację osadzonego. Świeżo przyjęci w bolesny sposób uczyli się, by zawsze (i szczerze) odpowiedzieć przecząco.
— Nie.
— Idź przodem.
Zero—zero—trzy wstał i spacerowym krokiem wyszedł z celi. Klucznik sterował krokami osadzonego przy użyciu kryki. Klepał go to w lewe, to w prawe ramię, wskazując w ten sposób kierunek, czasem wspomagając się słownymi poleceniami:
— W korytarz… nisko głowa… stopień…
Asystent co jakiś czas wybiegał przed dwuosobowy pochód uprzedzając straż kolejnych punktów kontrolnych. Drzwi się otwierały a straż znikała z oczu. Zero—zero—trzy wydawał się obojętny na sytuację mimo, iż po raz pierwszy od dawna znalazł się w zupełnie nowej sytuacji, w zupełnie nowym otoczeniu. Korytarze zmieniły wystrój z wilgotnego kamienia na czerwoną cegłę, podłoga nie była już nierównym szarym betonem a błyszczącym granitem. Zamiast pochodni pojawiły się błędniki, które w normalnych okolicznościach nie byłyby odczuwalne, ale dwadzieścia lat separacji od dwaalu wyjątkowo wyczuliło zmysły zero—zero—trzy i wyraźnie czuł jego wibracje. Kraty zniknęły, pojawiły się normalne drzwi z metalowymi tabliczkami funkcyjnymi. Asystent klucznika ponownie pobiegł gdzieś do przodu i zniknął w jednym z korytarzy.
— Tutaj — Klucznik zatrzymał pochód przed drzwiami z napisem “świetlik” — odwróć się.
Zero—zero—trzy wykonał polecenie. W tym świetle mógł lepiej przyjrzeć się twarzy klucznika. W galerii, wśród tańczących cieni rzucanych przez pochodnie zawsze odnosił wrażenie, że ma do czynienia z kimś w średnim wieku. Teraz mógł zweryfikować swój pogląd. Klucznik nie miał więcej niż dwudziestu pięciu lat, ale zero—zero—trzy nie miał wątpliwości, że młoda twarz skrywała twarde cechy charakteru. Wypinać pierś i wysoko unosić głowę nauczy pierwsza lepsza szkoła dyscyplinarna, ale niepokojące spojrzenie było cechą indywidualną, wrodzoną, którą ten klucznik zdecydowanie posiadał. Było coś zimnego i złowrogiego w tym krótko ostrzyżonym blondynie i zero—zero—trzy nie potrafił tego nazwać. Był zdecydowanie za młody na klucznika, więc zero—zero—trzy podejrzewał, że musiał należeć do kongregacji.
— Za chwilę zdejmiemy imadła. Będą kłopoty?
— Nie — odparł osadzony po chwili wahania. Zero—zero—trzy poczuł ukłucie paniki gdzieś w trzewiach. Dwadzieścia lat więzienia odcisnęło na nim swoje piętno czy tego chciał czy nie. Do tej chwili trzymał się dobrze, ale im dłużej przebywał poza systemem galerii, tym większy strach wykluwał się gdzieś w jego wnętrzu. Imadła zdejmowano tylko, gdy pojawiały się obawy o rozwój jakiś chorób i robiono to tylko w obecności higienisty. Klucznik odpiął łańcuch łączący imadła z pasem i otworzył drzwi do świetlika.
— Przodem.
Zero—zero—trzy mógłby teraz zamachnąć się stalowymi rękawicami zabijając klucznika na miejscu. Nie ma tu nikogo, nie słychać kroków straży, są tu sami a gdzieś tam musi być wyjście. Lepszej okazji od czasu buntu zero—jeden—dwa nigdy nie otrzymał i nie otrzyma. Uśmiechnął się tylko do swoich myśli i zerknął na klucznika, który także lekko uniósł kącik ust.
Świetlik był surowym pomieszczeniem, ale surowość ta miała dalece lepszy standard niż zagrzybiała cela w galerii. Ściany były białe, posadzka, mimo iż szara i bez wyrazu, była równa i czysta, w kącie stała drewniana bala z wodą i stosik poskładanych ubrań. Znajdowało się tu także okno, szczelnie zasłonięte metalową roletą na szynach. Osadzony rozglądał się i błądził wzrokiem próbując zrozumieć, co się dla niego szykuje.
— To ciekawe zobaczyć na twojej twarzy choć trochę wyrazu, Sandoval — rzucił klucznik rozbawionym tonem, co natychmiast zwróciło uwagę zero—zero—trzy. Brzmienie swojego imienia w ustach innej osoby po tylu latach wywołało u niego prawdziwy zawrót głowy.
— O co chodzi? — mruknął nieco zachrypnięty osadzony, ale nie doczekał się odpowiedzi. Do pokoju weszli asystent klucznika w towarzystwie sekretarza obozu. Sekretarz był barczystym, brodatym facetem w szarej liberii pozbawionej szamerunku. Kojarzył go z dnia osadzenia. Dziś wyraźnie kulał na prawą nogę a broda wyraźnie poszarzała, ale nie korzystał z żadnej laski, więc musiało mu się coś bardzo niedawno przydarzyć. Skinął nisko głową przed klucznikiem, co jeszcze bardziej rozpaliło ostrzegawczą lampkę w głowie zero—zero—trzy. Sekretarz nigdy nie kłania się niższemu rangą, zatem dzieciak musi być kimś wysoko postawionym w kongregacji.
— Proszę pokazać imadła, zero—zero—trzy.
Sandoval wyciągnął skute dłonie przed siebie. Klucznik wyjął jeden klucz, sekretarz drugi. Oboje wsadzili je do zamków znajdujących się po przeciwnych stronach imadeł i przekręcili razem. Imadła rozwarły się i z niewielką pomocą klucznika zniknęły z dłoni osadzonego. Sandoval przez chwilę próbował wyprostować palce, ale skończyło się to przeszywającym bólem, który wykrzywił jego twarz.
— Proszę sobie darować — powiedział sekretarz — będzie potrzebna długa rehabilitacja, zero—zero—trzy. Proszę skorzystać z kąpieli, ciepła woda powinna nieco pomóc. Nie robiłbym sobie jednak nadziei — spojrzał na klucznika — chciałbym sfinalizować dzisiejsze przyjęcie i będę potrzebował pomocy młodszego klucznika.
— Tak, widzę, widzę… — klucznik spojrzał na nogę sekretarza. — W porządku. Już nie będzie mi potrzebny.
Sekretarz skinął na pożegnanie klucznikowi i wyszedł. Sandoval cały czas wpatrywał się w swoje wypaczone palce dłoni a słowa sekretarza brzęczały mu w uszach.
— Proszę się umyć i ubrać. Ma pan trzy godziny.
— Nie potrzebuję tyle.
— Potrzebujesz — klucznik wskazał na roletę — za nią jest światło dzienne. Uchylaj ją małymi krokami i powoli przyzwyczajaj oczy. I tak dostaniesz dymki, ale nic nie dadzą, jeżeli choć trochę nie zahartujesz oczu.
— Chcę wiedzieć, co się dzieje — głos Sandovala powoli zatracał chrypkę i nabierał stanowczości — cokolwiek.
Klucznik przekręcił głowę na bok, co w połączeniu z jego nagle nieprzyjemnym tonem napawało niepokojem.
— Starszy Administrator Arm Starvos chce z tobą porozmawiać. Mówi ci to coś?
— Nie. O czym chce rozmawiać?
Klucznik stanął w drzwiach.
— Umyj się i ubierz jak człowiek. Będę za trzy godziny. Będą kłopoty?
— Nie — odparł odruchowo zero—zero—trzy i drzwi się zamknęły.

Takiego luksusu nie zaznał od dawna. Dwadzieścia lat spędził w krematorium, w zimnej i ciemnej celi. System obozu połknął go, przeżuł i teraz na chwilę wypluł. Na jak długą chwilę? Został skazany na dożywocie, piętno już dostał więc po śmierci nie czeka go nic, tylko pustka. Wiele lat zajęło mu pogodzenie się z tym faktem. Wiele lat miał też na przemyślenia — czy było warto? Czy można było postąpić inaczej? Czy było inne wyjście? Próbować ucieczki? Sabotażu? Samobójstwa? Czy będzie torturowany, przesłuchiwany, czy wypiorą mu mózg i zrobią z niego posłusznego psa kongregacji? Każdy dzień był falą setek myśli i potokiem skrywanych łez. Dzień za dniem mijał i powoli zapadał się w kojące objęcia apatii. Nurt myśli, na samym początku wartki i rwący jak powodziowa fala tracił na sile z upływem czasu. Wystarczyło kilka pierwszych lat, by zamienił się w niegroźny strumyczek, czasem dający o sobie znać, ale łatwy do zignorowania. Teraz potok wzbierał niebezpiecznie wysoko. Sytuacja w której się znalazł, ciepła woda i czyste ubrania powoli wyrywały go z apatii, która spętała jego umysł. Kilka szlochów wydarło się spod kontroli, przebiły grubą skórę i pociągnęły za sobą łzy.
Wir myśli oscylował wokół jednego pytania — czego chce Arm Starvos? Jedynym logicznym wnioskiem była chęć złamania zero—zero—trzy, bo właśnie tego nie udało im się zrobić. Nigdy nie wydał nikogo ze Sprawiedliwych, ich planów ani żadnych ważnych informacji. Mogli posunąć się do goecji albo nawet sprowadzić Cheona zdolnego przebić się przez żelazną wolę Sandovala, ale nigdy do tego nie doszło. No chyba, że to właśnie dzisiaj jest tym dniem, w którym wytoczą ciężkie działa. Być może ta kąpiel, świeże ubranie i dostęp do światła są sposobem na zmiękczenie go przed głównym procesem. Tak, było to prawdopodobne. Ta myśl budowała wewnętrzny mur i spinała zwiotczałe mięśnie do obrony… lub ataku.
Ciało jednak było do niczego. Wypaczone dłonie ledwo nadawały się do użytku. Bolały przy jakiejkolwiek próbie prostowania. Nie potrafiły utrzymać gąbki, przeszkadzały w ubraniu się a golenie skończyło się sporą ilością krwawych sznyt na obwisłej skórze twarzy. Lustro zobaczył pierwszy raz od dwudziestu lat a człowiek w jego odbiciu nie przypominał już tego rosłego typa, którym był Sandoval. W lustrze stał zero—zero—trzy, wychudzony, obwieszony pergaminową, białą skórą szkielet. Ze zgrozą spojrzał na zawartość szczęki. Sczerniałe zęby z wieloma brakami i ściągniętymi dziąsłami przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Pogodził się z faktem, że jedyne, co mu zostało to sprawny umysł. Musiał być ostry jak brzytwa, więc szybko odrzucił natrętne myśli desperata i wykrzesał z siebie tyle dawnego Sandovala, ile tylko mógł.
Nie przypuszczał, jak dewastujący efekt miał długoletni pobyt w ciemnościach. Odchylenie rolety ledwie o centymetr spowodowało wdarcie się ściany bolesnego blasku, który natychmiast rozniósł się po pomieszczeniu. Oczy eksplodowały paraliżującym i dezorientującym bólem, który kazał się Sandovalowi schować za czymkolwiek dającym nieco ciemności. Niezwykłe jak samo światło potrafi odebrać oddech i sparaliżować ciało. Walka trwała ponad godzinę. Sandoval zmuszał się, by otworzyć oczy, te protestowały boleśnie, zalewając się łzami. Jego skulona za balą postać wyglądała żałośnie i tak też się czuł — bezradny, pokonany przez cholerne światło poranka.
Gdy do pokoju wrócił klucznik, Sandoval ledwo widział. Próbował mieć otwarte oczy i dostrzec przybysza, ale obraz był rozmazany i rwany nieustającym, kompulsywnym mruganiem powiek.
— Eh — westchnął klucznik i złapał osadzonego za przegub dłoni — trzymaj, to pomoże — W dłoni Sandoval poczuł przedmiot o ostrych krawędziach zawinięty w szmatkę — to dymki.
— Okulary…
— Nie używamy tutaj starych słów — Klucznik wyraźnie się skrzywił a Sandoval poczuł ukłucie dawno zapomnianego uczucia — satysfakcji — która musiała odbić się na jego zniszczonej twarzy, bo klucznik wyraźnie się zirytował — co cię tak bawi?
Wkurwianie kongregacji zawsze było miłym zajęciem Sandovala, gdy jeszcze był na wolności. Miło, że złośliwy duch wciąż w nim żyje.
— Nic. Zdecydowanie nic mnie nie bawi.

Biuro sekretarza było bardzo przytulnym, bogatym w detale i ozdoby miejscem, pełnym przepychu charakterystycznym dla zadufanych w sobie, wysoko postawionych marionetek kongregacji. Krzesła miały wyrafinowane wykończenia a ich siedliska obite były karmazynowym aksamitem. W oszklonych szafkach z ciemnego drewna stały różnego rodzaju przedmioty — od pamiątek wojennych poprzez kryształowe naczynia aż po kilka ksiąg, co do których nie było wątpliwości, że zawierały jedynie mądrości kongregacji. Gruby, włochaty dywan był przyjemnie miękki a zapach kadzideł nadawał pomieszczeniu nieco sakralny charakter. Za srogim, drewnianym biurkiem siedział Starszy Administrator Arm Starvos, awatar. Otoczka blasku dnia wpadającego przez duże okno za jego plecami nadawała mu majestatu. Dwurzędowa czerwona liberia i srebrne, acz skromne zdobienia szamerunku ułożonego w charakterystyczny wzór przedstawiający słońce mówiły wszystko o randze i pozycji awatara. Miał czarne, kręcone włosy, którym fryzjer nadał charakterystycznej godności, ale zostawił luźny loczek tańczący nad prawą brwią. Jego twarz, jak zresztą każdego awatara, jakiego Sandoval miał nieprzyjemność spotkać, była pozbawiona wad. Męskie, adonistyczne rysy były charakterystyczną cechą sług Cheonów. Ocena wieku awatara po jego wyglądzie nie miała sensu. Mogli wyglądać bardzo młodo i mieć siedemdziesiąt lat. To nie tak, że każdy taki się urodził — po prostu są pewne benefity wynikające z zostania awatarem.
Arm wstał i wskazał gestem fotel przed swoim biurkiem. Sandoval grzecznie zasiadł we wskazanym miejscu, a klucznik udał się do okna, gdzie wbił wzrok w jakiekolwiek widoki były mu tam dane.
— Philip Sandoval Montana — zaczął awatar, zerkając w rozłożoną teczkę na biurku — Sprawiedliwy, skazany na dożywocie i piętno w sześćset pięćdziesiątym czwartym “po”, za czynne i nieskrywane wspieranie sprawy Nehelemów. Schwytany na Żelaznym Moście podczas działań dywersyjnych. Potwierdzono, że na przestrzeni drugiej wojny nehelemskiej doprowadził bezpośrednio do śmierci szesnastu członków kongregacji, w tym jednego awatara. Osadzony przyznał się do winy i zarzucanych mu czynów.
Arm delikatnym ruchem zamknął teczkę, złożył razem dłonie i spojrzał w czarne gogle skrywające oczy Sandovala.
— Jak myślisz, czemu tu jesteś?
Sandoval wzruszył ramionami.
— Chcecie, bym gadał. Gdzie jest Nevada, Dakota, eodium, nazwiska zegerów i jak podrapać się po jajcach gdy swędzi.
Arm pokiwał głową w udawanej aprobacie.
— A będziesz gadał?
— Nie.
— Szkoda. Nie ukrywam, że część tych informacji wciąż byłaby nam bardzo przydatna.
Sformułowanie to nieco zbiło z tropu Sandovala, ale nie dał po sobie tego poznać. “Wciąż”, “część” i “byłaby” to słowa klucze niewypowiedziane ot tak przez Starvosa. Sandoval Spodziewał się różnych zagrywek ze strony awatara i miał pewność, że każde jego słowo jest bardzo dobrze dobrane i ma określony cel.
— Twoje dłonie — kontynuował Starvos — wiesz, że możemy je naprawić? Twoje oczy także. Zęby. Wszystko.
— Miło z waszej strony. Możemy zacząć od razu czy mam coś podpisać krwią?
Arm Starvos wydał się szczerze rozbawiony tą odpowiedzią. Sandoval zastanawiał się, kiedy skończy się głaskanie i nastąpi pierwszy, bolesny cios.
— Nam wystarczy chęć współpracy. Musisz zrozumieć, że naprawa twoich dłoni i oczu mogłaby nam przysporzyć wielu kłopotów, jeżeli znów zacząłbyś ich używać przeciw nam. Gdybyś był w stanie udowodnić, że nie byłoby z tobą żadnych kłopotów…
— Zdradzając Sprawiedliwych?
— Raczej Nehelemów.
— Na co mi sprawne dłonie i sokole oko w Krematorium?
Starvos uśmiechnął się szerzej, jakby tylko czekał na ten moment. As w rękawie.
— Kto powiedział, że dalej będziesz siedział w Krematorium?
Czy tego chciał, czy nie, Sandoval poczuł falę gorąca zalewającą jego ciało. Musiał myśleć szybko, żeby Arm nie czytał z niego jak z otwartej księgi. Czemu po dwudziestu latach odsiadki proponują mu złagodzenie wyroku i dodatkowe benefity. Przyczynę widział tylko jedną. Coś musiało się wydarzyć poza murami Krematorium, coś ważnego i mogącego odmienić losy drugiej wojny nehelemskiej.
Istotnie, Sandoval wiedział sporo o działaniach Sprawiedliwych, ale to było dwadzieścia lat temu. Działał blisko z Nevadą, ale po takim czasie ten stary lis mógł zwyczajnie nie żyć. Nehelemi byli w kontakcie z Pierwszym Sprawiedliwym, ale sam Sandoval nigdy ich na oczy nie widział. Im dłużej się nad tym zastanawiał tym bardziej rozumiał, że aktualnie jego wiedza była praktycznie bezużyteczna. Zegerzy zmienili schronienia zabierając eodium a gro Sprawiedliwych mogło nie żyć. Dwadzieścia lat to szmat czasu, świat mógł się zmienić nie do poznania. Arm musiał o tym wiedzieć, więc Sandoval postanowił zagrać w otwarte karty.
— Minęło dwadzieścia lat, równie dobrze Sprawiedliwi mogą być dziś zespołem pieśni ludowej. Na nic ci moja przeterminowana wiedza, dobrze o tym wiesz. Czego chcesz tak naprawdę? Tylko się streszczaj, bo mnie śniadanie na galerii omija.
Sandoval uważnie przyglądał się reakcji awatara. Wedle jego wiedzy i doświadczenia to egocentryczne dupki i źle znoszą grubiaństwo. Jednak ten wydawał się zadowolony z przebiegu rozmowy. Szybki rzut oka na klucznika nic nie dał. Stał tam dalej jak manekin i straszył swoim niepokojącym spojrzeniem każdego nieszczęśnika spoglądającego w okno biura sekretarza.
— Spójrz Dark — Arm zwrócił się do klucznika — wystarczy ciepła kąpiel i czyste ubrania, by zmyć z siebie dwadzieścia trzy lata pobytu w Krematorium.
— To nie tak, tato — odparł klucznik — raczej dwadzieścia trzy lata krematorium nie złamało więźnia zero—zero—trzy.
Sandoval dowiedział się w tej chwili dwóch rzeczy. Do tej pory był przekonany, że minęło dokładnie dwadzieścia lat od pierwszego dnia odsiadki, ale najwyraźniej kalendarzowy dał ciała i ma trzyletnią obsuwę. To po pierwsze. Po drugie, że klucznik ma na imię Dark Starvos, z racji bycia synem Arma Starvosa. Była to dziwna sytuacja, gdyż nikt nigdy nie znał tożsamości kadry zarządzającej Krematorium. Wszyscy byli nazywani po funkcji, a tu nagle Sandoval poznaje imię członka personelu i dodatkowo jego ojca. Zresztą już sam fakt, że awatar nigdy nie był stałym członkiem kadry zarządzającej rodził pytanie, co robi tu on, jego syn i to jeszcze w roli klucznika?
Sytuacja Sandovala wydawała się bardzo trudna, ale nie mogła być gorsza, co pozwalało na zachowanie zimnej krwi podczas tej rozmowy. Piętna i dożywocia nie mogło przebić nic, poza natychmiastową egzekucją, która z pewnych względów nie wydawała się znowu taka straszna. Apatia trawiąca Sandovala, choć zdecydowanie zepchnięta dzisiejszego dnia na daleki plan, wciąż nie pozwalała mu na zachłyśnięcie się chwilową dozą luksusu, toteż bez problemu stłamsił rodzącą się nadzieję na odmienny los. Mógł to być w końcu środek do nieokreślonych jeszcze celów Awatara, więc automatycznie dystansował się mentalnie od całej tej sytuacji, nadawał jej abstrakcyjne cechy snu, z którego za chwilę wyrwie go metalowa kryka klucznika.
— Nie doceniasz swojej wiedzy — Starvos ponownie zwrócił się do Sandovala — ale dobrze. Koniec tematu Sprawiedliwych i Nehelemów. Powiedz, czemu powstrzymałeś wtedy więźnia zero—jeden—dwa.
Z wielu scenariuszy i pytań, jakie Sandoval próbował przewidzieć, tego w ogóle się nie spodziewał. Tamto wydarzenie, delikatnie mówiąc, nie wpłynęło dobrze na jego reputację na galerii, nie wspominając już o całym krematorium. Tak, powstrzymał zero—jeden—dwa, niszcząc nadzieje pozostałych osadzonych na jakiekolwiek szanse ucieczki. W tym swoją. Poza nienawiścią ze strony zdecydowanej większości więźniów nie zyskał niczego w zamian. No, może klucznicy za bardzo nie dokazywali. Niemniej to było tyle. Nie zrobił tego dla siebie czy dla kadry zarządzającej. Zrobił to, bo zero—jeden—dwa był chorym skurwysynem a pozostali osadzeni w większości nie byli niewinnymi ofiarami systemu. Nie mógł pozwolić na powrót tych ludzi do społeczeństwa.
— Minęło kopę lat od czasu buntu zero—jeden—dwa. Czemu nagle się tym interesujecie?
— Chcemy znać przyczynę twojego postępowania — odparł Starvos tonem, jakby to było oczywiste — nie chcesz mi chyba powiedzieć, że miało to jakikolwiek związek z Nehelemami, Sprawiedliwymi czy drugą wojną nehelemską?
Sandoval nie miał kontrargumentu. Oczywiście mógł dalej migać się od odpowiedzi, ale nie było w tym celu. Sandoval z ulgą pozwolił sobie na chwilę szczerości.
— Zrobiłem to, bo jestem Sprawiedliwym — odparł zgodnie z prawdą.
Dark Starvos zostawił okno w spokoju i zbliżył się do biurka. Złożył dłonie za plecami i spojrzał z góry na Sandovala.
— To wytłumacz mi, czemu Sprawiedliwi stanęli po stronie Nehelemów. Bo chyba mi nie powiesz, że Nehelemowie są lepsi od zero—jeden—dwa.
— Nie… — przyznał Sandoval z nutką wstydu — Nie powiem.
— Czemu więc…
— Chcę wrócić do swojej celi — przerwał mu Sandoval podniesionym głosem — jeżeli to możliwe.
Dark i Arm spojrzeli po sobie. Dark wzruszył ramionami, Arm westchnął i rozsiadł się wygodniej w fotelu.
— Sekretarzu Bols! — zawołał awatar i w kilka chwil w drzwiach pojawiła się znajoma twarz barczystego brodacza — czy dokumenty są gotowe?
— Tak, Starszy Administratorze.
— Bardzo proszę — przywołał go ręką. Na biurku wylądowała kolejna teczka, Bols skinął głową i stanął za biurkiem obok Darka. Awatar przez dłuższą chwilę czytał dostarczony dokument, niemo ruszając ustami. Odchrząknął.
— Zgodnie z dekretem z trzeciego miesiąca — rozpoczął Arm oficjalnym tonem — sześćset sześćdziesiątego piątego roku “po” osadzony Philip Sandoval Montana zostaje ułaskawiony — Sandoval mimowolnie uniósł brwi i zesztywniał w fotelu. Spoglądał zza gogli na każdego obecnego próbując zrozumieć, czy to się dzieje naprawdę i czy przypadkiem się nie przesłyszał.
— Jego rzeczy osobiste, w tym rewolwer i starter zostaną mu zwrócone. Świadkami są Sekretarz Obozu jeniecko—więziennego w Hamaus Bols Bednar i Protegowany Kongregacji Dark Starvos. Postanowienie realizuje Starszy Administrator Arm Starvos, Awatar Cheona Pisma i wchodzi w życie w momencie złożenia pieczęci na niniejszym dokumencie.
Arm zdjął wieczko z małego srebrnego naczynia znajdującego się na biurku i wylał gęsty, czerwony wosk na dokument na którym kolejno swoje sygnety odcisnęli Bols, Dark i Arm. Wszystko przebiegło z urzędniczą sprawnością.
— Co to za gra? — Sandoval spytał nieco złamanym głosem.
— Jesteś wolny Sandoval — awatar dmuchał na wosk przyspieszając jego stygnięcie.
— Jak to? Co to za podstęp? — znów to nieprzyjemne ukłucie paniki. Sandoval wietrzył spisek, nie potrafił jednak zrozumieć celu. Piorą mu mózg? Jest pod wpływem goecji, jakiś hex stworzył iluzję i trawi jego umysł?
— Rozumiem twoje skonfundowanie — powiedział Dark — postaraj się jednak przyjąć do wiadomości fakt, że naprawdę jesteś wolnym człowiekiem.
— Wolnym człowiekiem… — przeżuł te słowa i nie brzmiały one jeszcze zbyt realnie, nawet w jego własnych ustach — Wiecie, że wrócę na wojnę?
— Nie wróci pan na wojnę, panie Sandoval — Awatar wyraźnie dobrze się bawił zarzucając przynętę. Sandoval łyknął haczyk.
— Co mnie powstrzyma?
— Może fakt, że wojna się skończyła?
Sandoval podświadomie wiedział o tym od początku rozmowy. Awatar mało subtelnie zasugerował mu ten fakt używając czasu przeszłego. Mimo to gdy usłyszał tą informację podaną wprost wciąż nie potrafił w nią uwierzyć.
— Kiedy? — parsknął — Wczoraj? Miesiąc temu? Rok? — spytał, ale nie był przygotowany na odpowiedź, którą dał mu awatar z szelmowskim uśmiechem na twarzy.
— Wojna, panie Sandoval, skończyła się dwanaście lat temu.