II. Kurs przetrwania

Jeżeli wiedziałbyś, że w zupie był karaluch, zjadłbyś tą zupę? Wydaje się to nie do pomyślenia, ale szansa na to rośnie wprost proporcjonalnie do głodu, jaki odczuwasz. Wystarczy dać i zupie, i tobie trochę czasu.

— Traugut zwany wygnańcem.

— Zgodnie z postanowieniami dekretu zwracamy ci ekwipunek skonfiskowany w czasie zatrzymania.
Dark podszedł do jednej z wielu skrzyń znajdujących się w magazynie krematorium. Po otwarciu wyjął najpierw jakąś listę, z którą się szybko zapoznał.
— Ubrania cywilne — zaczął czytać — płaszcz brązowy, buty skórzane brązowe, spodnie jasne, kamizelka szara, koszula biała, bielizna, szary beret, pas skórzany z ozdobną klamrą.
Sięgnął do skrzyni wyjmując złożone ubrania i kładł je po kolei na dużym drewnianym stole.
— Nóż myśliwski, krzesiwo, bandana, manierka, kompas, toporek, smar, mały wycior, szczoteczka, rękawice.
Kolejne przedmioty lądowały na blacie.
— Starter — odczytał kolejną pozycję i wyjął małe kartonowe pudełko, które podał ojcu — W twoim wypadku bezużyteczny — dodał znudzonym tonem spoglądając na wypaczone dłonie Sandovala.
— Turmalin — awatar przyglądał się zawartości pudełka — żadnych zdobień, żadnej oprawy. Prosto, tak jak lubię. Proszę — podał Sandovalowi otwarte pudełko.
Sandoval chwycił nieporadnie kartonik i przez chwilę bał się do niego zajrzeć. Nie wiedział, skąd wziął się ten irracjonalny strach, ale mogło mieć to związek z całą tą nierealną dla niego sytuacją. Skierował w końcu swój wzrok w dół i spojrzał na turmalin, czarny matowy kamień wielkości naboju do rewolweru, jego starter. Echo synchronizacji zawibrowało mu pod skórą.
— Pas i rewolwer — Dark wyciągnął ciężki skórzany pas z kaburą, z której wystawała rękojeść obłożona okładzinami z drzewa orzechowego — jedzenie i relikty technomantów zostały zniszczone w momencie konfiskaty.
Arm i Dark spojrzeli oczekująco na Sandovala, który wpatrywał się w leżący na stole pas z rewolwerem.
— Coś nie tak? — zapytał Arm patrząc z ukosa na sparaliżowanego Sprawiedliwego.
— Nie — wychrypiał.
Dark złapał pas i rzucił go gwałtownie Sandovalowi. Sprawiedliwy odruchowo chciał go złapać, ale palce odmówiły posłuszeństwa. Skończyło się sykiem bólu i głuchym uderzeniem pasa o ziemię. Arm zerknął na Darka zaskoczony tak emocjonalnym zachowaniem z jego strony.
— Będą kłopoty? — zapytał Dark z nieprzyjemną nutą w głosie.
— Nie — odparł Sandoval sucho, schylając się po pas.
Nastąpiła dłuższa chwila niezręcznej ciszy.
— Potwierdzasz, że wszystko jest zgodne z zapisami? — spytał w końcu obojętnie awatar.
— A jeżeli nie potwierdzę?
Awatar oparł się wygodnie o ścianę składając ręce na piersi.
— Mam czas na formalności. Wyjaśnimy wszystko bez względu na to, jak długo to zajmie. Nie masz chyba nic przeciwko spędzeniu tu jeszcze kilkunastu godzin, prawda?
Sandoval miał wszystko przeciw każdej spędzonej tu minucie i awatar dobrze o tym wiedział.
Ubrania były za duże. Sandoval zbudowany był jak przystało na faceta polegającego całe życie na swojej własnej sile… tyle że dwadzieścia lat temu. W krematorium ani wyżywienie, ani warunki osadzenia nie pozwalały na zachowanie formy, więc ubrania zwyczajnie na nim wisiały. Musiał dorobić kilka dziurek nożem myśliwskim zarówno w pasie spodni jak i pasie z rewolwerem. Kilka razy ćwiczebnie i z narastającą frustracją wyjął rewolwer celując w ścianę. Za każdym pieprzonym razem robił to wolno, nieporadnie i zaciśniętymi z bólu zębami. Był goetą hobbystycznie, więc utrata możliwości korzystania ze startera nie była tak bolesna jak bezpowrotna utrata podstawowej umiejętności Sprawiedliwego. Pójdzie w świat praktycznie bezbronny a na domiar złego (jak mu uświadomiono) w towarzystwie Darka. Mógłby teraz strzelić sobie w łeb i zakończyć ten dramat. Proste rozwiązania nie były jednak jego domeną. Można nawet powiedzieć, że to czyniło Sprawiedliwych tym, kim byli. Trudne decyzje, niełatwe wybory, przezwyciężanie przeciwności losu, walka do samego końca, choćby zębami. Z tego co kojarzył każdy Sprawiedliwy ginął z bronią w ręku i zawsze w obronie sprawy, za którą stali. Tak, Sandoval miał przesrane, ale poniekąd było to jego naturalne środowisko.
Były pytania, na które chciał poznać odpowiedzi, musiał zatem opracować swoje cele oraz strategie, które pozwolą je osiągnąć. Słowem — jakiś plan. Pierwszym punktem był wywiad. Musiał w jak najkrótszym czasie nadrobić dwadzieścia lat spędzonych w obozie, co nie było łatwe. Należało z góry założyć, że Dark, delikatnie mówiąc, nie jest godny zaufania. Mógł być źródłem przydatnej wiedzy, ale bezpieczniej będzie przyczepić mu etykietę kłamcy i matacza, i nabrać zdrowego dystansu do tego, co mówi. Gdy tylko uwolni się od jego towarzystwa, będzie musiał sięgnąć do bardziej wiarygodnych źródeł. Zegerzy, wiedzący oraz inni Sprawiedliwi (jeżeli żyją i do nich dotrze) byli obowiązkowym przystankiem, ale póki Dark jest w pobliżu musiał zapomnieć o tej pokusie.
Dla Sandovala wojna się nie skończyła i traktował swoją nową sytuację jako kolejne działanie wojenne wroga. Nie znał celu tych działań, dlatego ważne było odkrycie prawdy, a to nie będzie łatwe w świecie zdominowanym przez Cheonów. Skoro był cel, była też strategia, do tego bardzo prosta — musiał grać jak mu zagrają. Stronić od konfliktów z Darkiem, ale prowokować go do wygadania się na tematy, które wolałby zachować w tajemnicy. Musiał jednak kroczyć ostrożnie tą ścieżką. Jeżeli będzie zbyt posłuszny, Dark nabierze podejrzeń, jeżeli będzie zbyt ciekawski, od razu odkryje zamiary Sandovala. Poprawił gogle, zacisnął pasa i spojrzał ostatni raz w lustro.
— Nie zawiedź mnie, Montana — powiedział i splunął na posadzkę tuż przed wyjściem.

Świeże powietrze i otwarta przestrzeń dziedzińca podziałały kojąco na nerwy Montany. Każdy krok poza galerią wzmacniał go, odbudowywał, czynił na powrót całością. Odzyskał nawet dobry humor.

— Co, wszyscy mają wolne? — zapytał Montana rozglądając się po pustym dziedzińcu.
— Nie. Zostali usunięci na czas twojego wypisu.
— A to czemu? Mam za mało amunicji, żeby ich wszystkich kropnąć.
Dark zatrzymał się i spojrzał zmieszany na Sandovala.
— Kropnąć? — Dark niespecjalnie krył zdenerwowania — Chciałbyś zabić ludzi, którzy po prostu wykonują swoje obowiązki?
— Nie udawaj, że są święci. Mogę od ręki wypisać całą listę przewin kadry zarządzającej, daj mi tylko pióro i papier. Dużo papieru.
Dark zagotował się w środku, ale gromadząca się para gdzieś uleciała. Odzyskał rezon i westchnął z rezygnacją.
— Więc zupełnie losowi ludzie obecni na dziedzińcu zapłaciliby za twoje krzywdy swoim życiem? To znaczy dla ciebie bycie Sprawiedliwym?
Był to dobrze wymierzony i zasłużony policzek. Sandoval poczuł wstyd. Dark obrócił się na pięcie i ruszył dalej bez słowa. W głowie Sandovala z każdym krokiem mnożyły się ambiwalentne uczucia i myśli. Młody miał pełną słuszność wbijając mu tę szpilę, z drugiej strony ten hipokryta nie ma prawa go pouczać. Zakładając że wojna skończyła się dwanaście lat temu, to wedle znanych mu standardów moralnych przetrzymywanie jeńca przez tak długi okres po wojnie uchodzi za okrucieństwo. Kongregacja zawsze rościła sobie prawo do uchodzenia za moralny kompas wszystkich żyjących ludzi, ale dobrze wiedział, że mieli krew na rękach. Jeszcze wypomni gówniarzowi kilka grzeszków, niech tylko poczeka.
Sandoval milczał dopóki nie doszli do bramy, którą niegdyś przekroczył jako więzień. Tutaj strażnik był obecny i na widok Starvosa dał jakiś znak nieokreślonej sylwetce na szczycie kilkumetrowego muru. Po chwili ciężkie, stalowe wrota zaczęły się uchylać w akompaniamencie głuchego zgrzytu mechanizmu gdzieś wewnątrz murów.
— Szerokiej drogi — strażnik skierował te słowa do Sandovala z przyjaznym wyrazem twarzy, dopiero po chwili spoważniał i ukłonił się Darkowi. Sandoval nie wiedział, czemu strażnik tak ciepło go pożegnał. Było to dziwne, nienaturalne, nie na miejscu i tym bardziej pogłębiało wstyd, jaki drążył go przez całą drogę do bramy. Skinął mu i mruknął pod nosem “dziękuję”.
Brama nie otworzyła się całkowicie. Ciężkie wrota rozsunęły się tylko na tyle, by dwóch pieszych mogło opuścić teren obozu. Sandoval chciał się odwrócić i zerknąć ostatni raz na mury budynków tworzących wszystkie dziesięć galerii, ale powstrzymał się. Trzeba zapomnieć, ruszyć przed siebie, tak będzie lepiej.

Stalowe wrota zamknęły się za nimi. Krematorium znajdowało się na skalistym wzniesieniu, z którego biegła spadzista, zygzakowata droga wyłożona brukiem. Można było stąd zobaczyć całe miasteczko, którego chaotyczna zabudowa skupiała się wokół rynku na głównym skwerku. Słomiane dachy prezentowały się sielankowo na tle pól uprawnych i pojedynczych domostw rozciągających się za Hamaus, którego granicą była spokojna niewielka rzeka znikająca w gęstym zalesieniu horyzontu. Załoga krematorium siłą rzeczy musiała tutaj mieszkać, ale stanowiła niewielki procent mieszkańców. Było prawie południe i słońce stało wysoko na niebie. Mimo gogli Sandoval musiał mrużyć oczy.
— Dokąd teraz — spytał przymusowego towarzysza. Ten wzruszył ramionami.
— Gdzie chcesz.
— I będziesz za mną łaził?
— Przez kilka tygodni na pewno. Pomogę ci się dostosować.
— Ta… — raczej przypilnować ty mały gnojku, pomyślał Montana, ale nie ze mną takie numery — Zejdźmy do Hamaus, muszę się napić i coś zjeść. Ty stawiasz.
— Oczywiście — odpowiedział Dark z przesadną, nieszczerą kurtuazją.
Zaczęli schodzić brukowaną drogą w dół zbocza i nie trzeba było długo czekać na pierwsze problemy. Sandoval nie był w formie. Minimum ruchu i kiepska więzienna dieta źle wpłynęły na jego kondycję i ten wyjątkowo krótki spacer sprawiał mu spore problemy.
— Dyszysz jak stary dzik — skomentował Dark — a mamy z górki.
— Wiesz dobrze dlaczego — wysapał — więc po prostu się zamknij.
Montana czuł się, jakby był cały z waty. Miał nadzieję, że normalne, regularne i bogate w kalorie posiłki pozwolą mu wrócić do formy, którą będzie szlifował na szlaku. Korzystał z osamotnienia w celi i tam też ćwiczył, ale posiłki z nieokreślonej papki nie dostarczały mu wiele energii. Prawda jest też taka, że nie był już młodym chłopakiem. W dniu osadzenia miał ponad trzydzieści lat, więc swoje pięćdziesiąte urodziny spędził w ciemnej celi. Nie miał zamiaru się skreślać, w końcu Indiana odstrzeliwał kapsle z odległości stu metrów w wieku siedemdziesięciu lat i nigdy nie opóźniał forsownych marszów. Wspomnienie tego starego pryka doprowadziło w konsekwencji do uświadomienia sobie, że Indiana nie żyje. Jeżeli nie zginął na wojnie, to wiek zrobił swoje.
Jadłodajnia w Hamaus znajdowała się bezpośrednio na rynku, który aktualnie przeżywał godziny szczytu. Montana musiał zrobić pewne zakupy, a jedyną walutą jaką posiadał była amunicja. Handlarze z chęcią przyjmowali ją jako środek płatniczy, ale z Darkiem na plecach żaden nie odważy się tego zrobić. Amunicja i broń palna były ściśle zabronione, jedynie Sprawiedliwi posiadali (do czasu otwartego konfliktu) immunitet na jej posiadanie. Sandoval zastanawiał się, czemu po wojnie Kongregacja przywróciła ten zwyczaj — a przynajmniej domyślał się, że przywróciła, ponieważ sam awatar pozwolił na zwrot pasa z bronią i zwykłą amunicją. Postanowił poruszyć ten temat z Darkiem przy obiedzie, którego nie mógł się już doczekać. Zostawił rozstawione stragany za sobą i wszedł w kojący chłodem i ciemnością przybytek jadłodalni. Wielu ludzi zerkało na nich, a raczej na Darka, który zmienił swój strój klucznika na brązową, wojskową liberię. Charakterystyczny krój tego stroju był zarezerwowany dla członków kongregacji, więc Dark przyciągał uwagę zwykłych ludzi. Nie było w ich oczach żadnego strachu i żadnych obaw. Ot, niecodzienny widok w pospolitej jadłodalni. Chłodne piwo i ciepła strawa złożona z ziemniaków oraz przyjemnie pachnącego mięsa doprowadziła Montanę na skraj ekstazy.
— Widzę, że…
— Zamknij się Dark. Nie psuj mi tej radosnej chwili brzmieniem twojego głosu.
Jeżeli te słowa ubodły młodego Starvosa, to ten nie dał tego po sobie poznać. Drugie piwo wylądowało na stole. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że było ono przeznaczone dla Darka. Montana właśnie pochłonął ostatni kawałek mięsa i powstrzymał się przed wylizaniem talerza.
— Alkohol? Dla protegowanego kongregacji?
— Nie ma tu mojego ojca, ani żadnego innego członka kongregacji. Zwykli ludzie to ignorują — wziął kilka głębokich łyków — a tobie nikt nie uwierzy. To dokąd planujesz się udać?
— Jak ci tak śpieszno na szlak, to możesz śmiało iść beze mnie, nie będę cię opóźniał.
— Będę musiał się przyzwyczaić do tych sarkastycznych odzywek, prawda?
— Jeżeli chcesz mi na siłę towarzyszyć, to tak. Powiedz mi tylko, czemu to robisz? Kazali ci, czy tak się troszczysz o biednego Sandovala?
— To trochę bardziej skomplikowane.
— A co w tym skomplikowanego?
Dark chwilę milczał, zastanawiając się nad odpowiedzią.
— Wyobraź sobie, że życie jest skomplikowane nie tylko po twojej stronie.
— Wojna się skończyła, tu już nie ma stron — droczył się Sandoval.
— Nie łap mnie za słowa, Montana. Chcesz się przekomarzać to idź na rynek i spróbuj racjonalnie wytłumaczyć ludziom, czemu stanąłeś po stronie Nehelemów.
Dark, czy to rozmyślnie czy nie, kierował rozmowę na tory, których Montana nie chciał na razie poruszać.
— Dobrze — uniósł dłonie, poddając się — to powiedz mi, czemu odzyskałem broń? Nie wydaje mi się to racjonalne z waszej strony. Czy to też jest skomplikowane?
— Nie, przynajmniej nie tak bardzo. Wiem jedynie, że takie było postanowienie dekretu z trzeciego miesiące sześćset sześćdziesiątego piątego. Tego samego, na mocy którego wyszedłeś na wolność.
— To wciąż mało tłumaczy.
— Upraszczając… ten dekret ustanawiał warunki kapitulacji.
— Kapitulacji? — Sandoval nie krył zaskoczenia. Nevada się poddał? Jedyny scenariusz, jaki przychodził mu do głowy, to śmierć Nevady i przejęcie tytułu “pierwszego” przez jakiegoś idiotę. Ale i to było mało prawdopodobne. Na razie postanowił trzymać się swojej podstawowej zasady i uznać, że Dark z jakiegoś powodu kłamie.
— Kto brał udział w ustanowieniu tego dekretu?
— Awatar panteonu praw Kabal po stronie kongregacji, Fleckler Fox Nevada po stronie Sprawiedliwych.
— Nevada!? — Sandoval zerwał się z miejsca jak oparzony — Łżesz jak pies!
Dark ukradkiem rozejrzał się i dostrzegł kilka par oczu zwróconych w ich stronę.
— Rozumiem twoje wzburzenie, ale nie rób scen. To niepotrzebne.
Sandoval nie posłuchał, jego krew cała się zagotowała.
— Nie wiem co kombinujesz Dark, ale takiego kitu mi nie wciśniesz!
Na oblicze młodego Starvosa wstąpił nieprzyjemny wyraz gniewu. Nie była to jednak zwykła wściekłość. Pod jego skórą czaiło się coś złowieszczego a oczy błysnęły drapieżnie.
— Nie musisz mi wierzyć — powiedział nienaturalnie spokojnie — doskonale wiem, że nie masz do mnie krztyny zaufania i najchętniej odstrzeliłbyś mój zakłamany, według ciebie, ryj. Niewątpliwie powziąłeś założenie, że odpowiadam kłamliwie na każde twoje pytanie, więc czemu zadajesz sobie trud ich zadawania?
Sandoval usiadł. W myślach pluł sobie w brodę za swój wybuch. Odsłonił się swoją emocjonalną reakcją przed Darkiem, który mógł to potem wykorzystać przeciw niemu. Wziął głęboki oddech i wychylił resztę piwa.
— Co ten dekret jeszcze mówi? — spytał w końcu w miarę spokojnie, ale w młodym Starvosie przeskoczył jakiś mechanizm, który nie chciał powrócić do neutralnego stanu.
— Jesteś pewien, że chcesz znać odpowiedź z ust zakłamanego sługusa kongregacji?
— Spytałbym kucharza…
— …Który może być szpiclem kongregacji. — Dark przerwał, jak mniemał, jakąś błyskotliwą odpowiedź Montany — Może go podstawiliśmy? Może wszyscy tutaj to aktorzy? Może to jeden wielki spisek…
Sandoval był wyjątkowo poirytowany wiadomością (prawdziwą czy nie), że Nevada się poddał. Ten Nevada! A młody nie gasił pożaru, tylko jeszcze dokładał do pieca z narastającym obłędem w głosie.
— Sprawdź, czy rewolwer to nie zabawka. Może spiłowaliśmy ci kurek? Może naboje to ślepaki? No dalej Montana, wyciągnij rewolwer, wymierz mi między oczy i sprawdź, czy masz dzisiaj szczęście i kolejny pies kongregacji nie zasili szeregów Vau…
— Dość… — burknął Sandoval, ale Dark nie miał zamiaru zatrzymać tego strumienia jadu.
— Powiedz mi, czy ty naprawdę uważasz, że cały świat kręci się teraz wokół ciebie? Że jesteś jakimś ważnym pionkiem na cheońskiej szachownicy? Cała potęga Cheonów i kongregacji skupiła się dziś wokół Philipa Sandovala Montany! — Dark wstał wyraźnie rozbawiony i z szaleństwiem w oczach kontynuował na cały głos — Hej ludzie! Bierzecie udział w spisku wykreowanym w głowie jakiegoś szalonego Sprawiedliwego!
W Sandovalu coś pękło. Ponownie wstał i wyszarpnął rewolwer z kabury. To znaczy bardzo chciał to zrobić, bardzo chciał wycelować w pierś i zapewne zabić Starvosa tu i teraz. Zamiast tego żałośnie mocował się z zapięciem kabury a gdy wreszcie mu się to udało, broń wyleciała mu z niesprawnych rąk na stół, tłukąc talerz z resztkami jedzenia. Zapadła pełna napięcia cisza w całym lokalu. Nikt nie stukał sztućcami w talerze, szmery rozmów ustały, wszyscy zatrzymali się w miejscu i spoglądali na dwójkę przed chwilą kłócących się postaci, która teraz spoglądała sobie prosto w oczy z pogardą.
Ale w tym starciu to Sandoval został upokorzony przez młodego Starvosa. Dostał lekcję bardzo podobną do dyscypliny, jaką dostawali więźniowie pierwszego dnia w krematorium. Klucznik pokazał osadzonemu, że nie ma tu władzy, że jest bezsilny i nie ma sensu stawiać oporu. Mozolnie schował rewolwer do kabury i tylko kątem oka widział, jak ktoś z obsługi zabiera stłuczony talerz. Wtedy Dark powiedział coś, co bardzo zabolało Sandovala. Coś, czego nie spodziewał się usłyszeć z ust protegowanego kongregacji.
— Wierzyłem w legendy o Sprawiedliwych — szaleństwo wypisane na twarzy gdzieś znikło a oczy zaszły nostalgiczną mgłą. Dark wpatrywał się w blat pustym wzrokiem. W końcu wstał, złapał kufel i wypił zawartość do dna.
— Dziś to tylko zdziczałe psy.

Sandoval nie wykazał się tego dnia gruboskórnością i bystrym umysłem. Jeżeli to była prowokacja, to dał się podejść. Jeżeli Dark kłamał, to Montana i tak uwierzył. Jeżeli był wrogiem, to i tak czuł przed nim wstyd. Cały plan układany w głowie w czasie wypisu z krematorium, wszystkie założenia i strategie sypały się jak domek z kart — i to nie młody Starvos, ale sam Sandoval dokonał tego sabotażu. Czuł się zagubiony i depresja powoli obracała jego myśli w szarą mgłę. Paranoja walczyła z jego poczuciem porażki, przekonując Montanę, że Dark właśnie tego chce. Żeby się poddał. Żeby znów był jego więźniem zero—zero—trzy. Kongregacja odebrała mu nadzieję i cel sugerując, że Nevada się poddał i nie ma już niczego, że cała sprawa upadła. Musiał odzyskać panowanie nad sobą. Wyssać w jakiś sposób jad nagromadzony przez lata odsiadki, wypluć go i zagasić gorączkę nienawiści, która gdzieś się w nim zagnieździła i go zaślepiała. Paranoja miała duży udział w podejmowanych przez niego decyzjach i była na razie bezpiecznym sprzymierzeńcem, ale źle dogadywała się z jego poczuciem zaszczucia i bezsilności. Jeżeli całe to ułaskawienie jest rodzajem podstępu, to gra trwa, póki Dark jest w pobliżu. Nie miał wątpliwości, że z młodym Starvosem ma swojego rodzaju immunitet. Ucieczka może spowodować upadek kurtyny, ale w aktualnym stanie Sandoval nie miał szans na przetrwanie. W najlepszym razie okaże się, że się mylił i wszystko to dzieje się naprawdę, i że jest w istocie wolnym człowiekiem. Nie była to zła perspektywa. W najgorszym razie zdemaskuje spisek, ale w wybranym przez siebie czasie, miejscu i warunkach. Będzie gotowy. Rynek opustoszał i zostało tylko kilku handlarzy pakujący swoje towary do bud lub na wozy. Słońce leniwie podążało ku linii horyzontu, okraszając okolicę bursztynowym blaskiem i zdobiąc skwer długimi cieniami. Dark siedział na werandzie jadalni i wpatrywał się w lewitujący nisko nad dłonią osobisty starter.
— Myślałem, że kongregaci nie potrzebują Startera — Sandoval stanął obok przyglądając się leniwym ruchom handlarzy zmęczonych po całym dniu pracy.
— Poniekąd tak jest.
— To co to za kamień?
Dark zacisnął pięść, chowając w niej starter i spojrzał na Sandovala.
— Uwierzysz mi, jak ci powiem? — Sprawiedliwy przewrócił oczami, ale młody nie mógł tego dostrzec przez smoliście czarne dymki — lepiej powiedz dokąd teraz?
— Żelazny Most.
— Ciekawy wybór.
— Spodoba ci się jeszcze bardziej, jak ci powiem, że wyruszamy natychmiast.
— Oh? — Dark prawie ziewnął ze zdziwienia — bez wyprawki podróżniczej? Nie wiem czy wiesz, ale dzień targowy dobiegł końca. Śmiem też wątpić, że jesteś w formie. Z plecakiem na tych chudych barkach złamiesz się jak zapałka.
— A ty gdzie masz swoje toboły?
— W domu sekretarza.
— Pójdziemy po nie. Ale najpierw pogadamy z handlarzami.

Barn Parcela handlował wyrobami ze skóry. Choć w jego asortymencie znajdował się głównie surowy materiał, to można było u niego kupić także gotowe wyroby, między innymi drobne sakwy przytraczane do pasa lub plecaka, ciepłe kurtki i porządne podróżnicze buty z metalowymi podkuciami. Wykonywał również drobne naprawy wyrobów skórnych oraz posiadał bogaty zestaw olejków i kremów do ich pielęgnacji i konserwacji. Był to bardzo udany dzień i utarg cieszył oczy wąsatego chłopa, którego spracowane, żylaste dłonie upychały do wozu prawie puste skrzynie.
— Kompania Szerokomorska tak głęboko na lądzie?
Luka odwrócił się w stronę głosu i przetarł spocone czoło. Zmierzył wzrokiem młodego chłopaka, w którego charakterystycznym stroju poznał przynależność do kongregacji. Nie spodziewał się żadnych problemów z jego strony, ale drugi, wysoki typ o twarzy zbira i w zdecydowanie za dużych ubraniach nie budził jego zaufania
— Jest sezon, więc zapuszczamy się głęboko w ląd. Nic w tym dziwnego — odpowiedział.
— Dziwnego może nie. Ale chyba macie umowę z Hanzą, która takich praktyk wam zabrania.
Kiedyś może zimny dreszcz przebiegłby po grzbiecie Luki. Dziś parsknął ze śmiechu zaskoczony, że członek kongregacji ma takie braki w wiedzy.
— To ma szanowny pan nieaktualne informacje.
— Proszę mnie zatem oświecić — odparł uprzejmie Dark.
— Hanza i kompania zawarły umowę, która już na to pozwala.
— Choleron — zdziwił się Sandoval — dwadzieścia lat temu wasze karawany musiały mijać się przynajmniej dwudziestometrowym łukiem, żeby komuś się krzywda nie stała.
— Dekadę temu nie było tylu spaczeńców na bezdrożach. Teraz ich pełno.
— To chyba przesada — żachnął się Dark.
— Ano tak… kongregacja myśli, że ma sprawę pod kontrolą. Ale zapewniam pana, że tak nie jest. Wojna dawno się skończyła, a z roku na rok ginie więcej ludzi z powodu tych upiorów.
— Jeżeli problem jest poważny, zwróćcie się delegacyjnie do kongregacji.
— A szanowny pan myśli, że co robiliśmy przez ostatnie kilka lat? — W handlarzu narastało zirytowanie — Kongregacja nie jest organizacją militarną. A tu potrzeba wojska. Żołnierzy. Paru nieopierzonych goetów nie jest w stanie objąć ochroną setek karawan.
— I kompania postanowiła ot tak pomóc? — wtrącił się Sandoval — jaki mają w tym interes? Przecież na morzu nigdy nie było spaczeńców.
— Może dwadzieścia lat temu…
Sandoval i Dark spojrzeli po sobie. Obaj myśleli, że Luka żartuje, ale jego ton i wyraz twarzy wyrażały pełną powagę.
— Może bym jeszcze pogawędził, ale chcę spakować wóz i wstąpić do jadłodajni. Jeżeli chcecie coś kupić, to jesteście spóźnieni, wszystko sprzedane. Miałem dobry dzień i chcę wydać trochę lorenów na uciechy ciała i duszy.
— Nie chcemy niczego kupić. Chcemy raczej zabrać się z panem, o ile podąża pan w stronę Żelaznego Mostu.
— Istotnie jest mi to po drodze.
— To świetnie. Kiedy pan wyrusza?
— Jutro rano.
— Rano? — zasmucił się Sandoval.
— Tak, rano. Muszę wynająć jakąś grupę zbrojnych, a dzienne kursy są tańsze i bezpieczniejsze od nocnych.
— My możemy zapewnić bezpieczeństwo — zaproponował Dark.
Handlarz ponownie zaniósł się szczerym śmiechem.
— Proszę wybaczyć, ale ani taki młokos, ani taki stary trup nie przekonają mnie, że są w stanie sami zapewnić mi bezpieczeństwo… na szlaku… w nocy. Proszę popytać innych, ale zapewne udzielą podobnej odpowiedzi. Jutro rano zapraszam. Dziś proponuję się przespać w Hamaus.
— Czemu zależy ci na wyruszeniu na szlak jeszcze dziś? — zapytał Dark, gdy odeszli od straganu.
— W nocy jest chłodniej i będę mógł wreszcie ściągnąć te cholerne gogle.
— I to wszystko? — spytał Dark nie kryjąc zarówno zaskoczenia, jak i irytacji — słyszałeś tego handlarza. W nocy jest niebezpiecznie i ja nie widzę sensu w podejmowaniu zbędnego ryzyka. Jeżeli to są jedyne powody dla których chcesz wyruszyć to uważam to za dalece nierozsądne.
— Nie interesuje mnie, co ty uważasz za rozsądne, a co nie — odparł Sandoval tonem odganiającym muchę. Rozejrzał się po pustoszejących straganach — skoro jestem wolnym człowiekiem, mogę udać się gdzie chce i kiedy chce.
Montana tak naprawdę miał kilka powodów, dla których zależało mu na natychmiastowym opuszczeniu Hamaus, ale nie mógł ich zdradzić Darkowi, bo wszystkie wiązały się właśnie z nim. Dark pokręcił głową niezadowolony, ale nie protestował więcej.
— A ten? — zapytał Starvos zatrzymując wzrok na pokracznej budzie na kółkach, wokół którego kręciła się energicznie dziwna postać w czarnym ponczo i cylindrem na głowie. Stukała laską w krzywe okiennice parodi wozu próbując je domknąć. Taneczny krok i lekkie susy postaci nie pozostawiały wątpliwości, że laska jest jedynie elementem ozdobnym — nie ma żadnych symboli, żadnego godła. Czyli niezrzeszony.
— I co nam to daje?
— Wygląda, jakby się spieszył. Niezrzeszeni mają pod górkę z konkurencją taką jak Hanza i kompania szerokomorska. Może chce wyruszyć jak najszybciej, by zdążyć na nowy targ przed nimi. Nie wygląda na majętnego…
— …i może nie ma pieniędzy na ochronę… — Sandoval pokiwał głową w zadowoleniu.
Im bardziej zbliżali się do straganu, tym większe wątpliwości ich nachodziły. Zdaje się, że typ gadał do siebie albo rozmawiał z kimś kogo nie dostrzegali.
— Miejże litość, uszy mnie pieką od tego gaworzenia… Lecim i już, wsadź te protesty w owies i nażryj się nimi, bo to jedyne co dostaniesz, jak się zaraz nie zamkniesz…
— Przepraszam… — zaczął Sandoval, ale człowieczek odskoczył jak oparzony i łypnął na nieznajomych znad pokrytego ponczem ramienia swoimi niepokojąco dużymi oczami. Zamarł w tej pozie, a jego źrenice wielkości ziarenek piasku przeskakiwały to na Montanę, to na młodego Starvosa. Z płynnej ciemności, z której najwyraźniej było zrobione ponczo, powoli zaczęła się wyłaniać grabiasta dłoń o niepokojąco długich palcach. Złapała rondo cylindra i uniosła kapelusz na centymetr.
— Uszanowanie — odpowiedział typ chropowatym głosem, wciąż chowając twarz za ramieniem.
Dark i Montana spojrzeli po sobie. Spojrzenie Darka mówiło wyraźnie, żeby uciekać, ale Sandoval nie chciał stracić szansy na opuszczenie Hamaus jeszcze tego dnia.
— Eee… Witam… Jest pan… Handlarzem? — nieporadnie zagaił Montana, ale przyniosło to spodziewany efekt.
— Oczywiście! — odpowiedział jegomość opuszczając ramię i płynnym ruchem zamachnął się laską w ścianę swojego wozu, niebezpiecznie blisko mijając po drodze twarz Sandovala. Z dachu ześlizgnął się szyld, który zawisł ze zgrzytem na krótkich, zardzewiałych łańcuchach.
Ani sprawiedliwy, ani protegowany nie wiedzieli, na co mają patrzeć. Czy na chudą, podłużną i bladą twarz okraszoną absurdalnie szerokim uśmiechem wyłożonym żółtymi, ostrymi zębami, czy na szyld, który był brudną deską z wyrytymi jakimś tępym narzędziem literami, które ledwo dało się odczytać.
— Sklep podróż… Podróżniczy Dziewki… i Łapa… — męczył się Dark próbując odczytać napis.
— Dzierżki i Topacza! — poprawił i jednocześnie dokończył uroczyście człowiek z cylindrem na głowie.
— Pan to?
— Dzierżka, we własnej osobie — skłonił się jakby jego nogi i tułów łączył sztywny zawias, jednocześnie zdjął cylinder, ukazując w pełnej krasie bladą jak księżyc łysinę pokrytą pojedynczymi, szarymi włosami, które musiały się tam znaleźć albo przez przypadek, albo za karę.
— A pan Topacz?
Rekini uśmiech, choć trudno było w to uwierzyć, poszerzył się jeszcze bardziej. Dzierżka cofnął się dwoma szerokimi krokami i klepnął w zad konia przytroczonego do wozu. Koń obleczony był wszelkim dostępnym końskim oprzyrządzeniem. Brudna, brązowa derka, czaprak wykonany był chyba z nieporadnie zszytych szmat a ogłowie przypominało bardzo, bardzo dużą skarpetę z dziurami na uszy, oczy i pysk. Spod tej warstwy wątpliwej jakości osprzętu wystawały gdzieniegdzie chude kopyta i kościsty pysk w kolorze poncza właściciela. Generalnie koń sprawiał wrażenie, że umarł na stojąco a Dzierżka nie zorientował się od ponad tygodnia. Jednak klepnięty w zad poruszył nim leniwie i parsknął (a raczej kaszlnął) ostrzegawczo.
— Trochę ogłady Topacz! — zganił go Dzierżka — nie strasz potencjalnego klienta — dodał bardzo głośnym szeptem teatralnie zasłaniając usta dłonią, po czym ponownie zwrócił się do gości — Czym możemy służyć tak późną porą, panowie dżentelmeni?
— Czy ten koń… — zaczął Dark, ale Sandoval wszedł mu w słowo.
— Wyruszamy na szlak i chcemy to zrobić jeszcze przed zachodem.
— Oh! Oh! To się dobrze składa, bo właśnie zbieramy dupy w troki i zaraz ruszamy! O ile kierunek na Żelazny Most dżentelmenom pasuje…
Sandoval nie mógł być bardziej szczęśliwy, ale Starvos zdecydowanie nabrał podejrzeń do tego bardzo wygodnego zbiegu okoliczności.

Dark Starvos udał się do domu sekretarza po swój podróżny inwentarz a Sandoval skoczył do jadłodajni, żeby zakupić suche racje na drogę, a także żeby zjeść porządną kolację przed podróżą. A przynajmniej powiedział Darkowi, że tak zrobi. Gdy tylko zakupił suche racje (za loreny Starvosa), udał się nieco dłuższą drogą do domu sekretarza, którego adres bez problemu uzyskał od chętnie udzielających informacji mieszkańców. Nie chciał trafić na Darka, który bez wątpienia będzie oglądał się za siebie, nie było też celu śledzenia go, skoro wiedział, dokąd idzie.
Dom sekretarza wyglądał schludniej od pozostałych budynków. Wyróżniał się równo wyszpachlowaną fasadą, w pełni drewnianym, uszczelnianym smołą dachem i profesjonalną stolarką drzwi i okien. W środku paliło się światło, więc Dark był już w środku. Nie mógł być to Sekretarz, bo jeden z mieszkańców powiedział mu, że od kilku tygodni mieszka w obozie.
Ruch na uliczkach wciąż był żywy a dom sekretarza, ku zdziwieniu Sandovala, był wkomponowany w szpaler mniej lub bardziej urodziwych domków mieszkalnych. Spodziewał się po nim samotnej willi odsuniętej od mieszkań szarej masy. Skręcił w ciasny przesmyk między domkami, chcąc dostać się na tył. Ani go nie zdziwił, ani nie powstrzymał murek, za którym krył się ogród. Nie zrobił tego szybko, ponieważ zarówno dłonie, jak i ogólna sprawność fizyczna pozostawiały wiele do życzenia, ale Sandoval pozwolił sobie na ostrożne i nieco powolne pokonanie przeszkody. Zamiast wyrafinowanego podwórka z oczkiem wodnym, nisko ściętym trawnikiem i miejscem na palenisko Sandoval zastał… no cóż… Ogród. Sekretarz hodował kukurydzę, pomidory, sałatę i groszek. Zapewne były gdzieś tam ziemniaki i marchewka. I to nie tak, że wyznaczył sobie skrawek ziemi o wydajności kilku warzyw rocznie. Praktycznie cała dostępna powierzchnia była polem uprawnym. Utrudniło to podkradnięcie się do otwartych szeroko okien, bo Sandoval nie mógł tak po prostu wpaść w kukurydzę i mieć nadzieję, że ktoś ten hałas weźmie za powiew wiatru. Musiał wskoczyć na jedną z udeptanych ścieżek i kocim krokiem, trzymając głowę nisko, przemierzyć ten niewielki labirynt. Nie musiał za nadto nadstawiać uszu, bo podniesiony głos z wewnątrz dało się słyszeć jeszcze podczas cichego spaceru.
— … awatarem. A nie mówisz mi o wszystkich rzeczach — poirytowany ton należał niewątpliwie do Darka.
— Mam ci mówić o wszystkim, co się dzieje w kongregacji? — nietrudno było Sandovalowi rozpoznać głos Arma Starvosa. — Niedorzeczne. Nie traktuj słów jakiegoś handlarzyny zbyt poważnie. Opowiedział ci swoją wersję, swoją perspektywę, ale wie tyle co nic.
— Wie czy nie wie, Hanza i Kompania podały sobie ręce, bo Kongregacja nic nie robi.
Nastąpiła chwila ciszy. Awatar westchnął.
— Myślisz, że podały sobie ręce tak po prostu?
— A co? Kongregacja miała w tym swój udział? — zapytał złośliwie Dark.
— Tak! — prawie krzyknął Awatar — Tak, synu. Pośredniczyliśmy w rozmowach i dofinansowujemy ich w zakresie najmu zbrojnych.
— To czemu ten handlarz o tym nie wspomniał.
— Bo to nie jest ogólnie dostępna informacja.
— Czemu? Przecież ludzie stracą wiarę w Kongregację!
— Gdyby znali prawdę, mogliby zacząć zadawać niewygodne pytania.
— A teraz nie zadają?
— Teraz się tylko wkurwiają na biurokrację. Ludzie oczekują Awatarów na każdym rogu ulicy. A nie ma nas tylu, by obsadzić każdy karawan i każdy statek. Ba! Nie ma nas tylu, by obsadzić garnizon obozu jeniecko—więziennego!
— Ale mamy uczniów, protegowanych, całkiem sporą ilość goetów wiernych ideałom Kongregacji, Zielone Liberie…
— I wszyscy są zajęci plagą spaczeńców. Nie tylko walką z nimi, ale też badaniem przyczyn tej plagi. Pamiętaj, że ty też masz swoje zadanie do wykonania i nie dywaguj ze mną na temat Kompanii i Hanzy, bo to jałowa dyskusja niepotrzebnie odciągająca twoje myśli od tego, co masz zrobić. Jeżeli nastąpi chaos…
— …to my musimy być porządkiem — dokończył zdanie Dark, po czym westchnął — w porządku tato.
— No! To powiedz dokąd się udajecie?
— Żelazny Most.
— Ciekawy wybór.
— To samo powiedziałem.
— Oczywiście nie zdradził ci przyczyny takiego wyboru?
— Nie, nie zrobił tego.
— Nie ufa ci?
— Brzmisz, jakby to było coś dziwnego. Oczywiście, że mi nie ufa. Nie zdziwiłbym się, gdyby siedział pod oknem i nas podsłuchiwał.
— Nie wiedziałem, że paranoja jest zaraźliwa. Eh… Sandoval dzisiejszego ranka żył jeszcze w przeświadczeniu, że wojna trwa i że jesteśmy wrogami. Ba! Może wciąż uważa, że wojna się nie skończyła. Dopóki nie spotka się z innym Sprawiedliwym nie uwierzy w nowy porządek. Nie mogłeś mu zaproponować Palisady? Jest najbliżej i zobaczyłby się z Arizoną.
Starvosa przeszedł zimny dreszcz. Arizona żyje, tylko który dokładnie? Emily będzie w jego wieku, ale w przeciwieństwie do niego nie była odcięta od dwaalu, więc jej ciało lepiej zniosło upływ czasu. Jack to zagadka. Wszyscy byli pewni że zginął, a teraz mieszka w Palisadzie? To by się zgadzało, w końcu Fox zabrał go stamtąd jak był jeszcze mały, o ile dobrze pamięta. Sandoval był pewny, że coś tu nie gra, ale wiedział już, gdzie uda się zaraz po Żelaznym moście.
— Ja mu nic nie będę proponował, bo mam wrażenie, że jak mu powiem, że na prawo są Sprawiedliwi, to skręci w lewo. Niech kroczy własnymi ścieżkami. Ja tylko przypilnuję, żeby nie zrobił niczego głupiego.
— Ty też nie zrób niczego głupiego. Jak dzisiaj.
— Nie martw się tato. Od kiedy chciał mnie zastrzelić postanowiłem gryźć się w język. Co za wariat.
— A ty nie powiedziałeś niczego, co by go sprowokowało — w głosie Arma dało się słyszeć nutkę rozbawienia.
— Ten sukinkot zrobił się strasznie jadowity od kiedy opuścił mury krematorium. Nie mogę uwierzyć, jaki ten człowiek jest zawistny i żądny zemsty.
— Jakby ciebie wsadzili na dwadzieścia lat do ciemnej celi a potem wypuścili, to byś ich wyściskał? Musisz się wykazać większą empatią. I pamiętaj, że mamy wyższe cele do spełnienia. Zjesz ze mną kolację?
— Im dłużej tu siedzę tym bardziej mam wrażenie, że Sandoval jest już w połowie drogi na Żelazny Most.
Szmery i kroki dobiegające z wewnątrz sugerowały podpowaidały Sandovalowi, że rozmowa dobiega końca.
— Nie jest taki głupi. Mam nadzieję.
— Tato, kojarzysz może takich obwoźnych handlarzy jak Dzierżka i Topacz?
— Nie, nigdy nie słyszałem. Czemu pytasz?
— Tak z ciekawości.
Dalej Sandoval już się nie przysłuchiwał. Wycofał się po cichu i niepostrzeżenie wrócił na ulice, które zdążyły nieco opustoszeć. Blady blask na horyzoncie walczył z ogarniającą nieboskłon ciemnością a okaleczony księzyc nieśmiało wychylał się zza chmur. Sandoval szybkim krokiem wrócił na rynek i upewnił się, że żaden liść kukurydzy nie zaplątał mu się w ubranie. Z nieskrywaną ulgą ściągnął gogle i udał się do wozu Dzierżki. Ten stał na samym środku pustego już rynku i spoglądał w niebo, które powoli zasiedlały gwiazdy.
— Hmmm! — mruknął piskliwie gdy tylko Sandoval znalazł się blisko, ale nie oderwał swoich wyłupiastych oczu od nieba — Eon spogląda dziś swoim okiem łaskawie, więc zapowiada się spokojna droga. Wciąż zachodzę w głowę, czemu Decain tak potraktował Muna… — cmoknął kilka razy, jakby wyrażał dezaprobatę — ale chyba każdy z nas w życiu ma taką małą, maciupeńką chwilę bezmyślności i napadu szaleństwa. Gdzie szanowny pan zgubił towarzysza?
— Za chwilę tu będzie.
— Cieszę się niezmiernie! Brakuje mi towarzystwa na szlaku a proszę uwierzyć, ten stary cwel Topacz nie jest dobrym interlokutorem.
— Interco?
— Rozmówcą szanowny panie. Wydawało mi się, że jest pan fanem starego języka.
— A skąd to przeświadczenie?
— Sprawiedliwi zawsze używali starych słów — Sandoval cały się spiął (w sumie sam nie wiedział czemu) a szeroki uśmiech Dzierżki zrodzony na widok jego mimowolnej reakcji wzbudził w nim niepokój — Proszę nie udawać zaskoczenia, pański towarzysz wykrzyczał ten fakt w jadłodalni tak głośno, że każda kurwa stąd po szlak wotuński rozłoży przed panem nogi. Ah, i o wilku mowa!
Sandoval obejrzał się za siebie.
— Miło, że zaczekałeś — przywitał się Dark. Nie miał już na sobie zielonej Liberii, zastąpił ją wysokiej klasy brązową, skórzaną kurtką z symbolem Słońca na piersi, która w kilku miejscach posiadała metalowe okucia i wzmacniane troki. Ta zmiana nie zaskoczyła Sandovala bardziej niż to, kogo ze sobą przyprowadził.
— Masz konia?
Dark uśmiechnął się i poklepał rudą klacz po szyi.
— Myślałeś, że do Hamaus dostałem się pieszo?
— Mogłeś powiedzieć, że mamy konia.
— Nie Sandoval, to ja mam konia — poprawił go Dark z silnym naciskiem na “ja”.
— Proponuję podpisanie intercyzy — wtrącił się Dzierżka — żeby uniknąć w przyszłości tych nieporozumień.
— Interco? — spytał Dark.
— O! I widzi pan, panie Sandoval, temu panu się nie dziwię