I. LUNATYK

Aby zachować ziarno starej cywilizacji, którą próbowano unicestwić podczas Wojny Zapomnienia, technomanci zrobili w zasadzie to, czego od początku chciała Kongregacja.

— Gabriel Maderra, Wiedzący

                To był długi tydzień. Długi, ciężki i do tego zimny jak diabli, pomyślał sierżant Rhys. Nawet dziś musiał pracować w grubych rękawiczkach i niewygodnej, puchowej kurtce mimo zamkniętych wrót hangaru i dmuchawy grzejącej na maksymalnej mocy. Żeby tego było mało Barb, mała dziewczynka o spiętych w dwa kucyki złotych włosach, nie dawała mu spokoju. Naprzykrzała mu się od kilkunastu dobrych minut próbując zmusić go do snucia opowieści ze swojej ostatniej misji.
— Nie mogę. Po prostu nie mogę. Wybacz mi.
Rhys pakował ostatnią skrzynię na auto. Stara zdezelowana półciężarówka z przerdzewiałą kabiną uginała się na resorach, ale Rhys wiedział, że wytrzyma jeszcze kilka dodatkowych kilogramów. Najdalej za kilka misji będzie musiał poprosić Biuro o przydział nowego sprzętu, Marzył o nowym ale znając skończy się na kolejnym wypadzie po złom.
— Proszę! proszę, proszę, proszę! — mała diablica nie ustępowała.
Rhys zapinał i sprawdzał pasy mocujące skrzynie. Ich delikatna zawartość nie znosi najlepiej wstrząsów. Droga, która ich czekała, była wyboista, ale nie znaczy to, że skrzynie mają latać po całej pace. Cały czas pozornie ignorował Barb w nadziei, że odpuści. Niestety kątem oka dostrzegł jej błyszczące, psie oczka, których błagalny wyraz przełamał w końcu opór sierżanta.
— Jesteś uparta jak kapitan Deina — powiedział z udawanym oburzeniem i usiadł na burcie obok małej dziewczynki. Barb machała nóżkami zadowolona z odniesionej przez Rhysa porażki, która wyraźnie malowała się na jego twarzy. Była to jednak słodka przegrana, pozwalająca choć na chwilę na oderwanie myśli od kolejnej misji.
— Więc…? — potrząsnęła rączkami z ekscytacji.
— Więc… — Rhys przeciągał ten moment drocząc się w ten sposób z małą Barb. Dobrze, udało jej się zmusić go do opowiadania o swoich ostatnich przygodach, ale nie chciał jej tego ułatwiać — Widziałem dużo ciekawych rzeczy.
— Awatara? — Barb niemal skoczyła na Rhysa, jakby spodziewała się w jego oczach zobaczyć odbicie jego wspomnień.
— Tak — zaśmiał się Rhys — Awatara też.
— No mów! Mów, mów, mów!
— Eh… — Rhys pokręcił głową próbując ubrać w dziecięce słowa to, co widział — No… Był tam. To był bardzo, bardzo ważny Awatar. Jego patron… — W tym momencie Rhys zorientował się, że mała może nie mieć pojęcia o czym mówi — Widziałaś kiedyś patrona?
— Nieeeeeeee — Barb prawie się śliniła z głupiutkim wyrazem twarzy.
Jak wytłumaczyć dziecku, czym jest patron? Rhys zastanawiał się nad sformułowaniem odpowiedzi, bo ta w teorii była dość prosta, o ile uczęszczałeś do szkoły, gdzie wykładano współczesną ontologię. Mała Barb nawet nie chodziła jeszcze do szkoły.
— Patron to taki bożek — podjął Rhys ponownie — który obdarza człowieka swoimi czarami. I wtedy taki człowiek staje się awatarem.
— Widziałeś Cheona!? Łaaaaa! Jak wyglądał!?
Rhys był zaskoczony, że Barb znała to określenie, ale cieszył się, że nie będzie musiał kluczyć wokół tego słowa, żeby dziewczynka zrozumiała jego opowieść.
— Nie… Znaczy, technicznie rzecz biorąc… eeee… — Rhys wiedział, że wytłumaczenie Barb tego, kim jest cheon zakrawało na wykład porównywalny do tych, które czynił doktor Monger. Wytłumaczenie jak on wygląda było zupełnie niemożliwe, bo te istoty nie posiadały wyglądu czy ciała per se. Sierżant postanowił powiedzieć jej prawdę w mocno uproszczonych słowach — Cheoni nie mogą być u nas naprawdę. Ubierają się w takie przebrania. Ubierają się jak… posągi. Udają posągi.
                Tak było najprościej. Sam do końca nie wiedział, jak określić proces, jaki zachodzi w momencie ożywienia kamienia. I dlaczego akurat wybrali posągi jako swoje ziemskie ciało. Profesor Mamon miał jakieś teorie na ten temat, ale Rhys nigdy do końca nie zrozumiał, o co w nich chodziło. Dla niego było to opętanie, ale to słowo mogło przestraszyć młodą Barb. Z jednej strony lepiej, żeby się ich bała, z drugiej nie chciał słyszeć potem, że napędza jej nocne koszmary. Rhys przypomniał sobie, jak Richard kiedyś wynajął gościa, który pomalował się na srebrny kolor i przez całą imprezę udawał żywy posąg. Jakim cudem ten koleś bawił imprezowiczów przez dobre trzy godziny do dziś pozostaje dla niego zagadką. Choć z drugiej strony parodiowanie cheona odzierało ich z boskości i otoczki kultu, dzięki czemu nie budzili takiego strachu wśród załogi.
— Tak jak ten pan na urodzinach Richarda? — Barb jakby czytała mu w myślach.
— Coś podobnego — zgodził się — Tak, faktycznie coś podobnego.
— A robił czary? Miał kamyczek?
— Ten pan u Richa?
Barb zaniosła się przyjemnym dla ucha dziecięcym śmiechem. Było to hipnotyzujące i rozlewające ciepło w jego sercu doświadczenie. Odrywało to jego myśli od tej przeklętej partyzantki, jaką od wielu lat uprawiali.
— Nie głuptasie!
— Awatarzy nie potrzebują kamyków — wyjaśnił Rhys nie zawracając małej główki Barb szczegółami. Wiedział, że awatarzy mogli używać starterów, ale nie robili tego, gdyż posiadanie patrona dawało o wiele większe możliwości. Niemniej doktor Monger twierdzi, że istnieją awatarzy, którzy wciąż używają startera, głównie z sentymentu.
— Ahaaaaaa… A rozmawiałeś z nim?
— Z patronem?
W głowie Rhysa przeskoczył jakiś mechanizm ostrzegawczy. Tracił czas, zaniedbywał obowiązki. Przecież musiał przygotować wóz, niedługo przyjdzie Deina na inspekcję. Lecz Barb ponownie zaśmiała się i pokręciła energicznie główką. Jej radość koiła jego nerwy i czyniła jego dzień zwyczajnie lepszym.
— Nie gupku! Awatarem!
— Nie, — zaśmiał się Rhys ponownie zapadając się w słodkich oczach barb. — Ja z nim nie rozmawiałem.
Barb zrobiła oburzoną minę. Wydęła dolną wargę i machnęła nóżkami, uderzając piętami o burtę.
— To kto!? Ja chcę wiedzieć kto! Bo chcę iść do niego! I się dowiedzieć, teraz!
Barb zeskoczyła z burty i zaczęła ciągnąć Rhysa za nogawkę, próbując zmusić go do natychmiastowego wskazania osoby odpowiedzialnej za jej dalszą edukację.
— To tajne, ty mały szpiegusie!
— A ten Awatar to był jaki? — Barb natychmiast zmieniła narrację — Fajny? Fioletowy, różowy? A co chciał?
Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Mimo to chciał ich udzielić małej złośnicy. Czuł z jakiegoś powodu, że to jego psi obowiązek. Na tę myśl zalała go fala wspomnień tak żywych, jakby znowu tam był.
                Siedzieli już ponad godzinę w tą parszywą pogodę pośród nielicznych, martwych drzew pokrytych wieczną zmarzliną. Stare, skute lodem pnie wyrastały z ziemi niczym ogromne kolce śpiącej pod ziemią istoty a zimna czerń nocy walczyła ze światłami halogenów osadzonymi na dachu szoferki. Pracujący nieustannie silnik ogrzewał cyrkulujące w kabinie powietrze z marnym skutkiem, ale było to lepsze niż stać na zewnątrz.
                Przyprawiającą o dreszcze zapowiedzią nadejścia awatara była szwankująca dookoła elektronika. Najpierw zwariował radar, zaraz potem silnik stracił swój naturalny, przyjemny dla ucha rytm pracy. Rhys wyłączył wszystko na znak Deiny i wyciągnął analogową wersję radaru, którą od biedy mógł porównać do zegerskich parasang. Gdy komputery dostawały spazmów a silnik prychał przyduszony natężeniem dwaalu, instynkt kazał mu sięgnąć po broń i spoglądać na świat przez szczerbinkę i muszkę karabinu. On i pozostali musieli powstrzymać ten odruch, wypalony w ich mięśniach niekończącą się wojną. Gdy Deina kazała Rhysowi zostawić w bazie pochłaniacze z Eodium myślał, że oszalała, ale rozkaz Biura potwierdzał, że naprawdę jadą w ciemno. Wysoki priorytet, klasa tajności “A” i czerwona pieczęć. Cholernie ważne zadanie, do którego została wybrana śmietanka najlepszych, a Rhys do owej śmietanki się zaliczał. To oczywiście znaczyło dla niego bardzo wiele, ale nie pomogło zupełnie zdusić strachu, gdy na miejscu pojawił się Awatar w czerwonej liberii. Rhys myślał, że dostanie zawału, gdy zaraz za nim, w ciemnościach, zarysowała się wysoka sylwetka Cheona, która pozostała w cieniu, jakby bała się światła. Deina wydawała się cholernie spokojna i gdy przywitała się z Awatarem zadziwiająco zwykłym uściskiem dłoni, emocje trochę opadły. Rozmawiali tam chyba z godzinę, i o ile w kabinie ciężarówki było znośnie, to na zewnątrz panował mróz obracający oddech w lodowy pył. Deina opatulona w grubą puchową kurtkę, trzy pary spodni i z uszatką na głowie czuła wkradający się ukradkiem mróz, dlatego nie potrafiła przestać się ruszać. Awatar za to stał tam w samej liberii, jakby był na letnim wyjeździe i tylko błękit źrenic sugerował, że ogrzewał się jakimiś sztuczkami. Po zakończonej rozmowie kapitan Deina wsiadła bez słowa do kabiny i dała znak do powrotu. Z jej zaczerwienionej od mrozu twarzy Rhys nie potrafił odczytać absolutnie niczego. Wspomnienia z tamtego dnia ustąpiły nagle jak poranna mgła. Rhys zerknął na uśmiechniętą dziewczynkę.
— Nie wiem Barb, naprawdę nie…
Nie dokończył. Jego uwagę zwróciła w tym momencie biegnąca w jego kierunku kapitan Deina. No tak, inspekcja, a on nawet nie jest w połowie roboty. Mimo to cieszył się, że odda Barb w bardziej doświadczone ręce. Uśmiechnął się na widok swojego kapitana i dobrej znajomej, ale nie zdążył zrozumieć, co się dzieje nawet, gdy wyszarpnęła broń z kabury. Gdy pani kapitan strzeliła w powietrze, Rhys odruchowo rzucił się na Barb, by osłonić jej dziecięce ciało i próbował sięgnąć po swoją broń, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, dlaczego to robi. Czuł, że musi chronić Barb, a Deina jest w tej chwili wrogiem. Jego dobra przyjaciółka, kapitan Deina, jest wrogiem. Zabij Deinę a potem zadawaj pytania, sierżancie Rhys! Puścił Barb i przewrócił się na plecy celując ze swojego służbowego pistoletu, ale Deina była szybsza. Ponownie strzeliła kilka razy, tym razem w jego kierunku. Gorące szarpnięcia na jego piersi zupełnie odebrały mu siły i rewolwer zawisł mu bezwładnie w dłoni. Wszystko to wydawało się byle jakie, obojętne, odległe, jakby było zwykłym snem a on stał z boku jako obserwator.
— Do cholery! Nawet nie drgnij Rhys! Obudź się, proszę! — głos Deiny dobiegał jakby z innego kontynentu, ale Rhys miał tylko jeden cel. Przewrócił się i doczołgał do Barb, jego małej, słodkiej i ukochanej Barb. Deina podeszła ostrożnie mierząc ze swojej jedenastki do leżącego na ziemi Rhysa. Złapała go i odciągnęła od nieruchomej dziewczynki. Rhys czuł jej krew na swoich rękach. Czuł jej wiotkie ciało, jakby wciąż ją trzymał w ramionach. Przerażenie powoli przerodziło się w furię, ale ciało odmówiło posłuszeństwa i mimo, iż bardzo chciał rozszarpać swoją kapitan za tę zbrodnię, nie potrafił nawet zmusić się, by ruszyć ręką.
— Rhys… — Deina oparła go o stos opon stojący obok cięzarówki. — Tak mi przykro… — Rhys powoli budził się ze snu. Gorące punkty na jego ciele zaczęły przeistaczać się w promienisty, nieznośny i duszący ból. Patrzył coraz bardziej przytomnie na zbolałą minę swojej kapitan, to na dziury w swoim mundurze i w końcu na nieruchomą Barb. Tuż przed zapadnięciem się w mrok zrozumiał, że nigdy nie było żadnej Barb.

Strony: 1 2