III. Ostrze Occami.

Głębokie rany dokonują zmian głębszych niż tylko widoczne po latach blizny. Rany się zabliźnią, ale pamiętają. Gdy nadejdzie zmiana pogody zaczną swędzieć, szczypać i ciągnąć, przypominając skąd się wzięły. Dlatego po wielu latach od zakończenia Wojny Zapomnienia, mimo czasów względnego pokoju, stare rany wciąż dają o sobie znać.

— Jokkl, Wiedzący.

Powietrze zawibrowało, posąg pękł z trzaskiem a Lobeof zawył jak zwierzę jeszcze zanim kawałki cheońskiego naczynia upadły wokół niego. Zapadła pełna szoku i niedowierzania cisza, pośród której słychać było czyjeś urywane jęki. Jack dostrzegł jak dwóch awatarów opadło na kolana niedowierzaniem wypisanym na twarzy. Złapał się za kieszeń, żeby potwierdzić swoje obawy — parasanga przestała szaleńczo wibrować i jedynie nieco podskakiwała w reagując najwyraźniej na tkane hexy. Rewolwer wypadł z dłoni Secil i w ciszy odbył kilkumetrową podróż w dół, nim z głośnym łoskotem odbił się od ziemi kilka razy. Dopiero teraz rozległy się krzyki paniki. W powietrzu świsnęła włócznia ciśnięta przez kogoś z uczniów prosto w Secil, ale zastygła w bezruchu w połowie drogi. Boreas chyba odruchowo uchronił swoją matkę przed śmiercią. Jack rzucił się biegiem w stronę Lobeofa.
— Dokąd to!? — wydarł się Boreas podnosząc swoją włócznię.
— Do twojego ojca! Idź po matkę! Jeżeli ktoś inny niż ty ją pojmie…
Kiwnął głową i uniósł się w powietrze. Jack minął dwóch zdębiałych awatarów, ale trzeci, którego Jack nie znał, stanął przed nim z wycelowaną włócznią valoru. Miał gęstą, rudą brodę i nieco opaloną twarz. Był dobrze zbudowanym, okutym w galową półzbroję dwumetrowym facetem. W jego niebieskich oczach spodziewał się dostrzec zabójczy fanatyzm, ale było to coś o wiele gorszego. Tlił się w nich ogień furii.
— Nie radzę dać nawet kroku dalej!
— Jackie… — drżący, słaby głos doszedł zza pleców brodatego, więc Jack ruszył biegiem, prosto na awatara ustawionego w pozie gotowej do ataku. Nie miał przy sobie żadnej broni a ten awatar wyglądał, jakby nie żartował. Jack zrobił jedyne, co mu przyszło do głowy. Zdjął opaskę i otworzył oko, które błysło zimnym błękitem. Nie odrywając wzroku od oczu zdębiałego awatara minął go bez żadnych problemów.
Powiedzieć, że było źle z Lobeofem, to jak stwierdzić, że cheon cudów miał właśnie kiepski dzień. Leżał na boku z ugiętą sztywno nogą, krwawy ślad rozchodził pod ubraniem Lobeofa podróżując wzdłuż złotych zdobień szamerunku. Jack spojrzał na jego twarz, której część obróciła się w kamień i przez to odrywała od ciała jako nienaturalne, odrzucone ciało obce. Wyobraźnia podpowiedziała Jackowi, co się dzieje pod ubraniem.
— Jackie… Cheon… Boję się… — harczał Lobeof
Zdrowe oko połyskiwało cheońskim blaskiem a drugie, obrócone już w kamień zastygło w wyrazie strachu, krwawiąc obficie spod kompulsywnie drgającej powieki.

Jack siedział w jednym z pokoi znajdujących się w ratuszu. Skromne pomieszczenie z prostymi krzesłami, zwykłym łóżkiem i jedną komodą, na której aktualnie znajdowała się miska z wodą. Co chwila ściskał brudną od krwi kamizelkę, spoglądając zmęczonym okiem na drzwi izby. Przed oczami cały czas miał twarz Lobeofa. Na wpół skamieniałą, pokrytą pęknięciami i krwią. Nie potrafił myśleć o niczym innym od dobrej godziny. Analizował sytuację w kółko w swojej głowie, przypominał sobie każdy szczegół nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Horror w jakim brał udział nie był wytworem spaczeńca, gangów bezdroży czy innych sił, z którymi do tej pory miał do czynienia. Sprawcą była Secil, jego przyjaciółka, żona jego brata. Ale czy naprawdę mogło to przybrać taki obrót? Coś mu w całej tej sytuacji nie pasowało. Coś mu umykało, ale na razie nie potrafił się skupić na tych ulotnych myślach.
Za oknem dało się słyszeć oburzone głosy tłumu i Jack nie musiał nawet podchodzić do niego by wiedzieć, że ludzie są wściekli. Słyszał imię żony awatara mieszające się z emocjonalnie nasyconymi groźbami i przekleństwami. Ludzie już wiedzą. Świadkowie wydarzeń z katedry roznieśli wieści, które szerzyły się jak zaraza.
Drzwi izby otworzyły się i wszedł rosły rudzielec. W milczeniu spojrzał na Jacka, podszedł do miski i obmył twarz. Nie miał już półzbroi na sobie, jedynie prostą białą liberię z paroma złotymi guzikami. Sięgnął po krzesełko i dosiadł się do stolika, wycierając twarz.
— Nazywam się Taegan, awatar…
— Co z moim bratem — przerwał uprzejmości Jack. Twarz brodacza zmarszczyła się, ale irytacja awatara rozpłynęłą się na widok zbolałej twarzy Jacka. Nie było na niej złości, tym bardziej próżno było szukać w niej chęci do walki.
— Zmiany są głębokie. Części ciała to jedno, ale przemiana sięgnęła mózgu. Leży w lecznicy Vespy, w kostce Trimagasiego. Na razie będzie żył.
Jack odchylił się w krześle zamyślony, dalej niszcząc swoją kamizelkę.
— Jaki to ma cel? — spytał — nie możecie dokończyć Wstąpienia? Pieprzyć całą tą oprawę. Niech przyjdzie tu jakiś Cheon i dokończy sprawę.
— To nie takie proste Jack — rudzielec wstał zmywając z twarzy wszelkie współczucie — Przed chwilą zginął Cheon. Zginął, rozumiesz? Jakby do ciebie to nie dotarło, to poważna sprawa, w którą jesteś zamieszany. Los żony Lobeofa jest przesądzony a twój wisi na włosku. Dopóki łeb mordercy nie spadnie, nikt żadnego Cheona tu nie sprowadzi. Nie wspomnę jeszcze o tym, że Lobeof był powiązany z Cheonem Cudów i tylko on mógł dokonać wstąpienia.
Jack milczał, więc Taegan podjął dalej swoją tyradę.
— Jeżeli morderstwo awatara jest jednym z najbardziej karygodnych czynów, jakich można się dopuścić to zabicie Cheona… — Taegan pokręcił z niedowierzaniem głową — To jest zbrodnia, która nie miała miejsca od pierwszej wojny nehelemskiej, a i wtedy działo się to na polu bitwy a nie w wyniku zimnokrwistego morderstwa.
— Naprawdę uważasz, że Secil była zdolna zamordować cheona? — wtrącił Jack — Przecież ona nie ma…
— Jack… — przerwał Taegan — Nie jestem stąd i nie wiem kto do czego jest zdolny. O tobie nieco słyszałem, nie ukrywam, ale to zupełnie bez znaczenia. Sprawa nie może być bardziej klarowna.
Jack spojrzał na awatara spode łba. Ostatnie zdanie Taegana obudziło w nim ogromną złość. Cała kongregacja, pomyślał, wydają wyroki jakby byli nieomylni. Całe swoje życie w forcie a potem na bezdrożach jack spędził na szlifowaniu umiejętności i charakteru Sprawiedliwego. Tam nie było miejsca na szybki osąd. Nie było spraw oczywistych. Dlatego Sprawiedliwi cieszyli się dobrą opinią i zaufaniem. Nie ferowali wyrokami i nim nacisnęli spust, zadawali pytania.
— Sprawa nie jest klarowna, awatarze. Jest kilka rzeczy do wyjaśnienia.
Taegan złożył ręce na piersi i chwilę zastanawiał się, czy ta dyskusja ma sens. Nie widział niczego, co wymagałoby wyjaśnienia, ale po minie Jacka wnosił, że odmowa zakończy się jeszcze mniej przyjemną dyskusją.
— Wysłucham cię, niech ci będzie.
— Jedyne, co jest w stanie zranić lub nawet zabić cheona jest eodium, prawda?
— Nie tylko, ale tak byłoby najprościej — odpowiedział Taegan niechętnie.
— Secil musiała mieć zatem załadowany prymeryt, prawda?
— A prymeryt jest z eodium?
— Tak.
— Więc musiała mieć załadowany prymeryt, zgadza się — powtórzył Taegan.
— Tylko, że to niemożliwe.
Taegan westchnął. Już sama myśl o dyskusji ze Sprawiedliwym powodowała u niego zmęczenie.
— Secil ukradła mój rewolwer z domu w nocy — podjął Jack nie widząc żadnej rakcji u Taegana — musiała to zrobić gdy odwiedziłem wczoraj Lobiego. Ale nie było w nim amunicji. Mam ją tylko przy sobie, naboje są nawleczone na pas. Gdy odkryłem, że zniknął mój rewolwer od razu go sprawdziłem. Zniknął jeden pocisk i nie był to prymeryt.
— Słuchaj Jack… — Taegan machnął dłonią zniecierpliwiony — Jeżeli chcesz mi powiedzieć, że nie mogła strzelać pociskiem z eodium, to jest to tylko twoje słowo przeciw faktom. Zrozumiałe, że bronisz żony Lobeofa, ale niestety nie możesz powiedzieć i zrobić niczego, co by ją uratowało…
— A co powiesz na to, co zrobił cheon? Przecież wiedział, że Secil ma broń i….
— Jack, do cholery — Taegan podniósł głos zirytowany — nie będzie żadnego procesu, więc nie ma co strzępić języka… Przykro mi, ale co było, to było i się nie odstanie, a ty szukasz wątpliwości, których nie ma.
— Będzie proces — powiedział nagle Jack — jeżeli Secil zażąda sądu cheona prawdy. Jeżeli ja go zażądam.
Taegan zerwał się momentalnie z krzesła niemal wyrzucając je w powietrze a jego dwie masywne dłonie oparły się cięzko o stół, który zaprotestował przed takim traktowaniem oburzonym skrzypnięciem.
— Ty!? Sprawiedliwy? Chcesz sądu Cheona Prawdy!? Bluźnisz.
Jack pozostał niewzruszony. Co więcej jakaś mała nutka satysfakcji połechtała jego ego. Zostawił kamizelkę w spokoju, rozsiadł się w fotelu i zamknął oczy.
— Twój wybór Taegan. Albo wy mnie wysłuchacie, albo zrobi to cheon prawdy. Bądź dobrym awatarem i postępuj zgodnie z kanonami.
Furia wstąpiła na oblicze awatara, ale jedyne co zrobił to odwrócił się i wyszedł trzaskając drzwiami. Jack zdjął koszulę dopiero teraz dostrzegając na niej plamy krwi. Na ich widok wezbrała w nim złość. Był wściekły na wszystko — na siebie, kongregację, Secil, nawet na Lobeofa, a bezsilność tylko wzmagała to uczucie. Palnął o tym cheonie bez namysłu, ale tylko to przyszło mu do głowy. Głowę miał ciężką od tłoczących się myśli. Na zmianę widział zapłakaną Secil, skamieniałą twarz brata i pękające ciało cheona cudów. Położył się na łóżku nie zdejmując narzuty i zasnął niemal natychmiast.

Versebiter Delock, administrator i prefekt Legarten siedział w fotelu, na którym jeszcze wczoraj swój list od kongregacji odczytywał Lobeof. Właśnie skończył wysłuchiwać Taegana, który przedstawił mu słowny raport z wydarzeń z katedry.
— To ten z pieczęcią Decaina? — Delock masował sobie skronie obydwiema dłońmi.
— Tak — odparł stojący na baczność Taegan.
— Co o nim wiesz?
— Administratorze, przybyłem tu oddelegowany z Kamiennego Lasu, więc niewiele. O tym, że Jack mieszka w Palisadzie słyszałem od starszego moderatora Accio tuż przed wyjazdem… A o tej pieczęci Decaina krążą u nas jedynie plotki. Uczeń Boreas zna go lepiej, czeka za drzwiami.
Delock skinął głową. Taegan otworzył drzwi i wyjrzał na korytarz. Po chwili syn Lobeofa stał przed Delockiem.
— Chylę czoła przed Administratorem — przywitał się sztywno.
Delock wstał i zaczął przechadzać się po pokoju, przyglądając się uczniowi z ukosa.
— Jack. Opowiedz mi o nim.
Boreas nie krył zaskoczenia, ale i ulgi. Myślał, że to przesłuchanie związane z jego matką, może nawet sprawdzenie, czy nie był częścią jakiegoś spisku. Dał sobie chwilę na zastanowienie.
— To mój wujek, jak zapewne wiesz. Brat mojego ojca. Sprawiedliwy — odpowiedział krótko — do tej pory nie robił problemów, choć często kłócił się z ojcem. Matka i siostra go lubią.
— A ty?
Zimny dreszcz przeszył ucznia kongregacji.
— Też — odpowiedział. Nie było sensu kłamać, bo bardzo szybko prawda wyszłaby na jaw. Lubił odwiedzać wujka mimo, iż nie robił tego często. Ojciec zawsze suszył mu głowę, że jego kontakty ze Sprawiedliwym rzucają złe światło na jego karierę w kongregacji.
Delock nieco się skrzywił.
— Też? To Sprawiedliwy. Z prymerytem zdolnym zabić Cheona. — powiedział kwaśno, odwrócił się i spojrzał na obraz wiszący na ścianie. Był to portret rodzinny, na którym Lobeof siedział na krześle pośrodku, między Secil w czerwonej sukni i starszym synem, Boreasem, który miał na sobie czerwoną liberię z półokręgiem na piersi i srebrnym szamerunkiem. Mundur ucznia kongregacji. Za Lobeofem stał Ojciec Secil, tęgi mężczyzna o radosnym uśmiechu i siwym wąsie. Na ziemi siedziała Jaspis, dziewczyna z zadartym nosem i piegowatej twarzy otoczonej burzą rudych, kręconych włosów. Jacka na nim nie było.
— Administratorze… Jack… On nigdy nie dawał nam powodów do obaw i robił to, co do niego należało — powiedział nieśmiało Boreas, spoglądając ukradkiem na Taegana. Ten wzruszył ramionami obojętnie. Delock obrócił się na pięcie, odpiął pelerynę od klap swojej czarnej liberii i rzucił ją na biurko.
— Twoja matka… Zrobiła to, Boreas?
Serce Boreasa zamieniło się w sopel lodu. Nic nie odpowiedział, wbił wzrok w podłogę i stał tak sztywno, nie wiedząc co zrobić ani co powiedzieć.
— No dalej uczniu, zadałem pytanie — naciskał Delock.
— Widziałem — zaczął niepewnie Boreas — jak strzela. Miała broń i strzeliła.
— Czyli jesteś pewien, że zabiła Cheona?
Taegan stał bliżej, więc dostrzegł, że uczeń zaczyna drżeć. Wyraźnie też słyszał łamiący się głos.
— Jestem… Jestem pewien… Że… Widziałem… — cedził przez zęby powstrzymując łzy.
Versebiter spojrzał na Taegana, ten pokręcił głową.
— Jack Arizona żąda sądu cheona prawdy — Delock zmienił nagle temat, co spotkało się z wyraźną ulgą ze strony Boreasa, który momentalnie zwiotczał — Niezwykła prośba ze strony Sprawiedliwego, nie uważasz?
— Istotnie — mruknął po chwili Boreas.
— Skoro chce procesu, to czemu mu go nie damy? — zagotował się Taegan — Przecież może tkwić w areszcie domowym przez wiele miesięcy. Broni nie odzyska. Nie uratuje morderczyni a przy odrobinie szczęścia sam straci głowę.
— Pomijając fakt, że chcesz stawiać przed cheońskim sądem Sprawiedliwego z pieczęcią Decaina, to załatwienie takiego procesu w aktualnej sytuacji stwarza ogromny problem. Nikt z awatarów nie podejmie ryzyka sprowadzenia cheona w sytuacji, gdy inny cheon zginął. Sama sprawa to totalne szambo. Mamy żonę awatara, która morduje cheona przy pomocy broni należącej do Sprawiedliwego, który jest bratem awatara. Wszystko w trakcie Wstąpienia, na oczach znamienitych mieszkańców Palisady.
— Wciąż nie rozumiem, gdzie leży problem? Przecież nie trwa wojna, to był jednorazowy przypadek, a cheon prawdy tylko potwierdzi, że mamy morderczynię!
— Taegan… O tym jednorazowym przypadku to sobie jeszcze porozmawiamy. Pomińmy jednak ten temat i zadaj sobie pytanie… Jeżeli Jack chce sądu cheona prawdy, to nie uważasz, że być może wie coś, co zmieniłoby nieco tok procesu?
— Ty mu wierzysz Versebiter?
— To nie jest kwestia tego, czy mu wierzę czy nie, Taegan. Oficjalny proces pociągnie za sobą o wiele więcej rzeczy, niż ci się wydaje. Taki proces musi być tylko formalnością, gdzie wina i wyrok nie podlegają żadnej, absolutnie żadnej wątpliwości. Wystarczy tylko iskierka niepewności, którą Jack może zasiać na procesie, a to rozpocznie lawinę problemów, które pociągną za sobą nieprzewidywalne konsekwencje. Lata budowania ładu i porządku po wojnie pójdzie się jebać, jeżeli racja będzie choć trochę po stronie Sprawiedliwego. — Delock spojrzał na Boreasa — Twój ojciec znajduje się w ciężkim stanie i tylko cheon może mu pomóc. Sprowadzimy go najwcześniej po skazaniu morderczyni, a nie skażemy jej za szybko, dopóki Jack chce procesu… o ile go nie wysłuchamy. Co najlepiej zrobić w takiej sytuacji?
Boreas po dłuższej chwili ciszy zorientował się, że pytanie skierowane było do niego.
— Wysłuchać, co ma do powiedzenia?
Delock skinął głową w zadowoleniu. Machnął ręką i uczeń ze awatarem opuścili pokój. Gdy tylko drzwi się zamknęły i Delock został sam, jego oczy rozbłysły cheońskim blaskiem.
— Szkurwa jego mać — rzucił w eter.

Obudził go Dolar. Potrząsał delikatnie Jacka za ramię, który z trudem otworzył oczy. Czuł, że jest mokry od potu. Nie mógł sobie przypomnieć, co mu się śniło, ale musiało być intensywnie. Próbował zetrzeć z oczu resztki snu, gdy wetknięto mu coś do łapy.
— Herbata. Mocna. Dobra.
Jack wypił zawartość szklanki jednych haustem i usiadł. Czuł, jak gorąco rozlewa się mu po ciele. Gorąco na pewno nie pochodzące od wrzątku.
— Wyglądasz beznadziejnie Jack.
I tak się czuł. Wyprany, wyzuty, jakby sen przyniósł więcej męki niż odpoczynku.
— Co u Lobiego?
— Taegan trzyma go w nedrilu. Trudny hex, którego lemka wygląda jak płyta winylowa, ale jak się jest Awatarem…
— Secil?
— Siedzi pokój obok w towarzystwie bardzo smutnych panów w czerwieni. Nawleczą ją na włócznie jak tylko kichnie. Na razie leży zwinięta w kłębek topiąc się we własnych łzach.
— Parszywy los.
— Ano parszywy — Dolar usiadł na krześle, skupiając swoje zainteresowanie na wymiętym kapeluszu — Zgodzili się na twoją propozycję. Idziemy?
— Którą?
— Tą bardziej wygodną dla kongregacji oczywiście.
— Taegan cię przysłał?
— No co ty — lekki uśmieszek wkradł się na oblicze goety — Delock mnie poprosił. Tak się składa, że się dobrze znamy.
Jack zaczął zbierać się do kupy. Odruchowo szukał pasa z kaburą i westchnął ciężko, gdy dłonie trafiły w powietrze.
— Delock… Powiesz coś o nim, czy za bardzo się kumplujecie?
— To Administrator… Czarna Liberia… Wysoka ranga, ale nie ma kija w dupie. Raczej rozsądny, ale to wciąż awatar, więc szala zawsze przechyli się w kierunku kongregacji. Kombinator i trochę manipulant, unika szumu czy otwartych konfliktów z powodów wizerunkowych.
— W waszym związku kto jest z tyłu?
— Lubimy się zmieniać — Dolar nawet się nie zająknął.

— Jack — Delock nalał sobie wody do szklanki z wysiłkiem zarysowanym w ociężałym ruchu ręki. Po głębokim łyku maska Administratora jakby nieco opadła — Czy tego chcesz, czy nie, to jesteś… Ustalmy na razie, że współtwórcą tej sytuacji… nie winowajcą — dopowiedział ostrożnie dobierając słowa — dla nas obu sytuacja jest nieprzyjemna. Dla ciebie szczególnie, ale nie mówię tutaj o moralno—prawnym aspekcie, tylko emocjonalnym. Dla mnie to biurokratyczny i wizerunkowy koszmar, ale nie z takich sytuacji kongregacja wychodziła obronną ręką. Pewnie Taegan już suszył ci głowę, że śmierć Cheona to nie przelewki. A ty zażądałeś interwencji Cheona prawdy. Taka… eh… prośba powoduje serię skomplikowanych procedur i problemów…
— Szanowny awatarze Delock, proszę, przestań pieprzyć jak urzędnik. Mów co masz na myśli, bez owijania.
Administrator najwyraźniej nie przejął się grubiańskim zachowaniem Sprawiedliwego.
— Powiedziałeś Taeganowi, że to nie Secil zabiła Cheona. Z mojej perspektywy… no cóż… pieprzysz głupoty, ale skoro żądasz cheona na sądzie, to pewnie masz ku temu jakieś podstawy? Słucham zatem.
— Dam ci odpowiedź Versebiter, ale musimy to zrobić po mojemu. Chcę porządnie przyjrzeć się sprawie.
— Brzmi jak prośba o śledztwo — wywnioskował awatar.
— I to takie jak na szlaku — dodał Jack.
Versebiter popukał palcem w stół a wzrok utkwił za oknem biura Lobeofa. Cholerni Sprawiedliwi. Na bezdrożach ma to sens, ale to nie są dzikie ostępy, stary świat czy inne zadupie. Mimo to było mu to na rękę, musiał to tylko dobrze rozegrać.
— A jak to sobie wyobrażasz, Jack? — zapytał patrząc w dal — Ludzie w katedrze widzieli co się stało. Widzieli tam Secil…— spojrzał na Jacka — i ciebie.
— Nie zupełnie. Widzieli Secil, ale nie wiedzą skąd miała broń. Ja byłem wprowadzony pod strażą. Tylko wy wiecie, że broń należała do mnie, więc tylko wy wiecie, że jestem w to zamieszany.
— No dobrze. Ale jak chcesz mnie przekonać, że nie brałeś w tym udziału? W sensie… Że to nie był… i wciąż nie jest jakiś twój makiaweliczny plan?
Jack był zaskoczony, że awatar, jeszcze tak wysoko postawiony używa starych słów.
— Może zacznijmy od motywu?
— Jesteś Sprawiedliwym zgorzkniałym po przegranej drugiej wojnie Nehelemskiej. Twój “ojciec” siedzi w Krematorium. Oto twój motyw, który można przyszyć do wszystkiego co robisz.
— Litości… Taeganowi już to powiedziałem, mam tobie powtórzyć? Daj mi w takim razie proces Cheona Prawdy, naprawdę nie mam ochoty cię przekonywać do czegokolwiek.
Awatar sięgnął po papierośnicę Lobeofa i poczęstował się idealnie zrolowanym papierosem. Jack był zaskoczony tym zachowaniem, a tym bardziej zaskoczyło go, gdy także i jemu podsunął papierośnicę. Z papierosem w ustach Versebiter nawet w czarnej liberii wyglądał bardziej ludzko. Zniknęły gdzieś wyuczone latami szkoleń z etykiety gesty i wysublimowane ruchy. Delock zaczął szukać po szufladach zapalniczki, ale nie mógł jej znaleźć. Jack wziął papierosa i wskazał palcem na papierośnicę.
— Pod wiekiem.
Delock odchylił szerzej wieko papierośnicy i w idealnie dopasowanej wnęce z aksamitną wyściółką znalazł metalową, grawerowaną zapalniczkę. Jack nie spuszczał Versebitera z oczu i próbował zrozumieć tę nagłą zmianę narracji. Tymczasem awatar odpalił swojego papierosa i przez chwilę zachwycał się smakiem tytoniowego dymu. Podsunął zapalniczkę Jackowi i rozsiadł się w fotelu jakby chciał się zaraz zdrzemnąć.
— Taegan powiedział — podjął awatar, gdy Jack odpalił swojego papierosa — że cheon cudów nie przejął się faktem, że Secil miała broń w ręku. Mówiąc wprost: Cheon nie wyczuł u niej eodium, a przynajmniej tak nam się wydaje. Taegan postawił barierę, co oczywiste, ale niewiele pomogła, a takie bariery przebije albo eodium, albo jakiś kurewsko mocny hex. Oczywiście nie znam się na broni palnej i zegerskich sztuczkach, ale z moich wstępnych ustaleń wynika, że Secil nie miała załadowanego… jak wy to nazywacie? Prymerytu? Ale nawet zakładając, że Secil jakimś cudem znalazła sposób na przemycenie go do środka, to Cheon musiał wiedzieć, czym jest załadowana broń. A Cheon to nie samobójca. Skoro to zignorował, to raczej nie uznał Secil za zgrożenie.
— Czyli wierzysz mi?
— Tego nie powiedziałem — uśmiechnął się Delock — ale to po prostu nie trzyma się kupy i nie daje mi spokoju. Wierzę natomiast w to, że ty sam nie masz z tym nic wspólnego, pomijając oczywiście fakt, że użyto twojej broni.
Broń Jacka nagle pojawiła się na biurku. Versebiter obracał ją na blacie i oglądał z różnych kątów. Otworzył komorę bębna i zakręcił bębenkiem, który wydawał z siebie ciche kliknięcia. Nagle przechylił rewolwer tak, że z komory wypadła stalowa łuska. Rewolwer wylądował obok papierośnicy rzucony jak śmieć, łuska nastomiast znalazła się między palcami zadbanych dłoni awatara.
— Ja nie czuję eodium Jack. Jak się nazywa ta amunicja?
— Kaliber trzydzieści osiem, stalowy płaszcz.
— Hm… nic mi to nie mówi, więc równie dobrze mogłeś podać mi charakterystykę swojego fiuta — zaśmiał się Delock — ale potrafię rozpoznać, jak to mówi młodzież, “nówkę—sztukę”.
Odłożył łuskę i wziął ponownie rewolwer.
— W twoim domu znaleziono rewolwer, gdzie wybito stemplem zgodę kongregacji na jej posiadanie. Swoją drogą rozsądnie, że nie zabrałeś jej na Wstąpienie Jack. W każdym razie ten rewolwer go nie ma — Versebiter wskazał na broń Secil. — Wiem od Taegana, że tak jakby przyznałeś się Boreasowi, że to — pomachał rewolwerem — jest twoje. Rozumiem, że postanowiłeś sobie sprawić nowy, bo stary już się zacinał?
— Można tak powiedzieć — Jack spokojnie zaciągał się papierosem.
— I nie zdążyłeś jej zarejestrować, bo jak tylko ją dostałeś, to Secil zdążyła ci ją ukraść?
— Tak było.
— A kto ją wykonał?
— Przyjaciel.
— Z Palisady?
— Odpuść Versebiter. Zrobił ją zeger, dobrze o tym wiesz, ale więcej ci nie powiem.
Jack cieszył się w tej chwili, że Kewolt postanowił wyjechać.
— Zatajasz ważne informacje dotyczące sprawy, która nie rzuca na ciebie dobrego światła. Powiedziałbym nawet, że się pogrążasz.
Awatar wstał, przeszedł kilka kroków nim zaciągnął się głęboko i wbił wzrok w ścianę.
— Z jednej strony Secil mogły ponieść emocje, z drugiej tak się pięknie składa, że dorwała nowiutki rewolwer, jakby specjalnie dla niej zrobiony. Strzela, zabija Cheona, ale nie ma śladu eodium w komorze. To mi przypomina, że zegerzy wykazywali się wyjątkową kreatywnością w tworzeniu narzędzi do zabijania goetów, awatarów i cheonów. Jak mogę zatem wytłumaczyć to wszystko Taeganowi, innym prefektom, Sługom Vigala albo moim kolegom — poklepał się po czarnej liberii i pokręcił głową. — Eh… Dziwne zachowanie cheona… dziwny zbieg okoliczności z tym rewolwerem… nie ukrywam, że trochę mnie to przytłacza i kusi mnie, by jednak przystać na twoją propozycję procesu z udziałem cheona prawdy.
Nastąpiła krótka cisza, którą postanowił przerwać Jack.
— Ale?
— Myślę, że gdybyś był w to zamieszany, gdyby to było w jakiś sposób zaplanowane… Nie siedziałbyś tutaj i nie odbywalibyśmy tej rozmowy. Nie wpadłbyś do katedry, nie żądał sądu Cheona Prawdy. To mi po prostu nie pasuje.
Jack wiedział, że i tak jest zdany na łaskę Delocka. Zależało mu, by awatar wreszcie odpuścił i dał mu wykonać tą parszywą robotę.
— To w końcu jak będzie Versebiter? — rzucił poirytowany — Decyzja należy do ciebie a mnie nudzi ta konwersacja. Wiesz czego chcę.
— Chcesz prowadzić śledztwo. Śledztwo poniekąd w swojej własnej sprawie. Jak chcesz to zrobić?
Podejrzany uśmiech zagościł na twarzy awatara.
— Coś mi się wydaje, że masz jakąś propozycję.
Awatar zgasił papierosa w popielniczce i ponownie zasiadł w fotelu.
— Pozwolę ci na to. Możesz przeprowadzić śledztwo, ale zrobisz to oficjalnie z ramienia Kongregacji…
— Nie wciągaj mnie w swoje propagandowe gierki — Jack zacisnął dłonie na poręczach. Kombinator i manipulant, tak go w końcu określił Dolar.
— Nie bardzo masz wyjście. To znaczy masz, oczywiście, ale jeżeli chcesz to załatwić po swojemu, to tylko jako oficjalny moderator kongregacji — Versebiter głaskał się po brodzie spoglądając na Jacka jak na osaczoną zwierzynę.
— Prosisz o zbyt wiele.
— Ty też — awatar wzruszył ramionami, pozornie obojętnie. Jack, najwyraźniej nie mogąc znieść wiercącego spojrzenia Delocka zerwał się z krzesła i podszedł do okna z resztką papierosa. Dopalił, zgasił peta o parapet i spojrzał w kierunku katedry, która była dobrze widoczna z okna biura Lobeofa. Obserwował jak śpiochy powłóczyły nogami i próbowały ułożyć się do snu jak najbliżej katedry. Straż odganiała ich jak natrętne muchy.
— Będę miał wolną rękę?
— Oczywiście.
— Odzyskam broń?
— Naturalnie.
Pet wyleciał za okno. Jack spojrzał na awatara i skinął głową. Czuł się, jakby podpisał pakt z diabłem.