I. Powrót do domu.

Kongregacja przez setki lat zmieniała język, jakim się dziś porozumiewamy, przykładając szczególną uwagę do niektórych słów, tworząc zakazany słownik. Należy przyznać, że zrobili to diabelnie skutecznie i z zapałem niespotykanym w znanej nam historii. Dziś mało kto zna znaczenie niezliczonych napisów na setkach budynków i tablic, będących pamiątką po starym świecie, a które towarzyszą nam każdego dnia.

— Jokkl, Wiedzący

            Ciężkie deszczowe chmury gęstniały nad Palisadą zmuszając ludzi do ukrycia się w swoich domowych zaciszach. Trwał sezon burz, więc z nieba spadały pierwsze krople deszczu, a życie na przedmieściach zamierało; trzaskały blaszane klapy, drewniane okiennice, szczękały głośno zamki w drzwiach. Okolicę okrył całun mglistego deszczu i burzowej szarugi.
            Czas mijał. Ziemia nasiąkała wodą nabierając gliniastego koloru, tworząc w ten sposób miedziane kałuże. Stagnację w tym martwym krajobrazie przerwała ludzka sylwetka lawirującą między błotnistymi koleinami, śledzona przez ciekawskie oczy wciśnięte w szpary zniszczonych rolet. Jack stąpał nierówno, zapadając się i potykając na błotnistej drodze, a żeby tego było mało plecak ze skórzanymi pasami wbijał się w ciało drażniąc odparzenia na ramionach. Jack nie marzył o niczym więcej jak o odrobinie odpoczynku, ale zmusił się do nadłożenia drogi by zajrzeć do zegera.
            Daleko od centrum, ale wciąż przy głównym trakcie prowadzącym na Plac Wstąpienia, znajdował się drewniany, długi barak o wykrzywionych okiennicach i spaczonych drzwiach. Biała farba zdobiąca framugi okien odpadała płatami od wielu lat, zaniedbana przez właściciela przybytku, samotnika i outsidera — zegera Kewolta. Jack uderzył pięścią w drzwi kilka razy i czekał, dziękując w duchu za zadaszenie nad wejściem chroniącym przed zimnym deszczem. Drzwi uchyliły się gwałtownie, ale tylko na kilka centymetrów. W szparze pojawiło się oko przyozdobione siwą, krzaczastą brwią i setkami zmarszczek. Jack wyjął z kieszeni gałganek i rozwinął go, aby czujne oko w drzwiach zlustrowało zawartość. Drzwi zamknęły się z trzaskiem bez słowa komentarza ze strony mieszkańca. Kroki wewnątrz oddaliły się i ucichły, potem znów się przybrały na sile. Drzwi tym razem otworzyły się szerzej. Niski, brodaty człowiek trzymał w wielkich dłoniach dwa pudełka, którymi potrząsnął delikatnie. Metaliczne, ciężkie stuknięcia zdradziły zawartość Jackowi. Kewolt zdjął kartonowe wieko z górnego pudełka ukazując rozebrany na części rewolwer. Jack obejrzał każdą część krytycznym okiem. Bębenek, rama i okładziny rękojeści leżały w otoczeniu innych drobnych części. Profesjonalna robota wciąż pachnąca warsztatem. Kewolt postukał palcem w drugi karton.
— Oryginał. Poskładany, wyczyszczony, wymieniłem zacinający się mechanizm bębna i zajechany kurek — rzekł Kewolt tonem gburowatego informatora turystycznego, gdy Jack chował duplikat do skórzanego plecaka.
— Nie mówiłeś nikomu, prawda? — Spytał Jack rzucając plecak z powrotem na ramię i oddając gałganek Kewoltowi, który wcisnął go w jedną z wielu kieszeni roboczych spodni. Jack wyjął oryginalny rewolwer z pudełka, odbezpieczył go i wycelował w przestrzeń. Spust chodził lekko, kurek odciągał się płynnie. Strzelił sucho i spojrzał na zegera
— Możesz drogo zapłacić za to, co zrobiłeś. Jeżeli się dowiedzą, dostaniesz piętno, albo jeszcze gorzej.
— W dupie to mam — odparł wykrzywiając usta w parodię uśmiechu i otworzył szerzej drzwi. Trudno było nie zauważyć stosu skrzyń i toreb piętrzących się na środku korytarza — jutro mnie i tak tu nie będzie.
Jack był zaskoczony. Współpracował z Kewoltem od wielu lat, łączyła ich zawodowa, profesjonalna relacja z nutką chłodnej przyjaźni. Gdy Jack odwiedził go przed swoją wyprawą, Kewolt nic nie wspominał o zamiarze opuszczenia miasta.
— Dokąd? — Jack nie krył zawodu w głosie.
— W kierunku klifu Brig. Jeżeli nogi cię poniosą w okolicę, zapraszam, tylko nie rozpowiadaj tego dookoła. To informacja ekskluzyw dla dobrego klienta.
— Dlaczego tak nagle?
— Eh — zeger parsknął — no tak, ty nie wiesz. Spytaj brata Jackie.
Drzwi zamknęły się przed nosem zmęczonego podróżnika a wielki znak zapytania puchł w głowie Jacka pogłębiając zmęczenie podróżą. W porządku, odwiedzi brata, ale najpierw zrzuci z siebie plecak i zmyje trudy dwutygodniowej podróży w zaciszu swojego mieszkania.

Strony: 1 2 3 4 5