I. Powrót do domu.


            Mieszkanie w Palisadzie przydzielił Jackowi (w imieniu Kongregacji) jego brat. Był to loft znajdujący się w zabytkowym budynku, jakim było laboratorium akumulatorów i ogniw fotowoltaicznych. Nazwa zakładu, zapisana w starym języku wyblakłymi literami, nic nikomu już nie mówiła dzięki stuleciom ciężkiej pracy Kongregacji, ale dla Jacka, który znał nieco ten wymarły dialekt, były pewnego rodzaju streszczeniem historii tego miejsca. Po wejściu do mieszkania wrzucił do paleniska rozpałkę i kilka drew. Niemal wszystkie domostwa w Palisadzie ogrzewane były lemegetonem ogniska domowego, ale Jack nie był nawet uzerem i musiał polegać na klasycznych rozwiązaniach. Wymagało to wykonania prowizorycznego komina, w czym pomógł nie kto inny, jak zeger Kewolt.
            Gdy ognisko rozlało swoją ciepłą aurę po mieszkaniu Jack zanurzył się w balii pełnej wody i z ulgą zamknął oczy. Myślał nad tym, co widział na szlaku. O światłach przeczesujących ruiny starego świata. O spaczonych. O omenie. To ostatnie martwiło go najbardziej. Montana na swoich wykładach w forcie mówił, że to nigdy nie oznacza niczego dobrego. Omen był brzemieniem goetów, którzy nadużywali dobrodziejstw goecji. Montana, jako jeden z niewielu Sprawiedliwych parających się goecją, doświadczył go ponoć raz w życiu po serii zbyt długich sesji.
            Problemy te (jak i pranie ciuchów podróżnych) odłożył na później. Wyciągnął z szafy zadbaną marynarkę i szarą koszulę tylko po to, by rzucić je na fotel przy stole, na którym leżało pudełko od Kewolta. Z papierosem w ustach i lupą pod ręką zaczął składać nowy rewolwer, smarując mechanizmy i polerując nowe okładziny rękojeści. Efekt porównał do swojego starego rewolweru. Z jednej strony widział nieskazitelnie gładką, matową stal, z drugiej wypolerowaną setkami sięgnięć do kabury broń naznaczoną czarnymi, głębokimi bruzdami — efekt trudów podróży i licznych starć. Gdy rozległo się pukanie, Jack natychmiast się domyślił, kto wpada z wizytą.

            Wypełnione szkło zabrzęczało przyjemnie i po chwili wylądowało na stole zupełnie puste. Ogień o aptecznym smaku rozlał się po gardle i wypełnił żołądek przyjemnym ciepłem.
— Choleron… — Jack zapił zegerską wódkę mlekiem — Jakiś nowy przepis? Przecież to wali z siłą Awatara.
Kewolt złapał butelkę swoimi grubymi palcami i przyjrzał się jej dokładnie. Nieco mętna substancja w środku chlupała wesoło o ścianki szkła z etykietą głoszącą, że jest to czyściwo chemiczne klasy B. Jack rzadko miał okazję oglądać swojego wspólnika bez czarnych plam na kwadratowej twarzy uwięzionej w uścisku gęstej brody. Wyraźnie widać było odcisk twardych gogli, które na co dzień nosił w swojej pracowni. Jego niskie, szerokie ciało rozlewało się w nieco nadgryzionym zębem czasu fotelu.
— No, może niezbyt dokładnie ją wyczyściłem, hehe — zaśmiał się zeger i uzupełnił braki w kieliszkach. Jack nawet nie trudził się z uprzątnięciem stołu, na którym wciąż leżały szmatki i wycior pachnący smarem. W otoczeniu kilku narzędzi własnej roboty o nieznanym przeznaczeniu leżały drobne śrubki i słoik z gęstą, brązową galaretą. Kewolt sprawiał wrażenie, że nie tylko mu to nie przeszkadza, ale nawet podoba, bo jego dłonie jakby same z siebie łapały za drobne części i bawiły nimi nadzwyczaj sprawnie.
— Już się bałem, że będziesz zwykłym chamem i wyjedziesz bez porządnego pożegnania — powiedział Jack nalewając kolejną porcję mleka.
— Nie pierdol, żeś taki sentymentalny Jackie — odpowiedział Kewolt ze smakiem wpatrując się w swój pełny kieliszek. — Wpadłem, bo wróciłeś ze szlaku, a ja na niego jutro ruszam. Mów co tam się dzieje.
— A co ma się dziać? — Jack wzruszył ramionami nie wiedząc do końca, jak odpowiedzieć na to pytanie. — Bezdroża wciąż są bezdrożami, ale jest bardziej niebezpiecznie niż przed wojną z powodu plagi tych stworów. Jest ich coraz więcej i przybierają coraz dziwniejsze formy…
— Ze spaczonymi sobie poradzę — Zeger kliknął językiem przeładowując niewidzialną dubeltówkę. — Ty mi lepiej powiedz, czy spotkam jakiegoś pierdolniętego kongregata czy innego cholerona.
Jack pomyślał, że świat przed drugą wojną był o wiele spokojniejszym miejscem niż jest teraz. Nie oznaczało to jednak, że była to utopia. Pierwsza wojna została przykryta grubą warstwą historii, ale jej skutki trapiły ludzi na długo przed drugą.
— Teraz siedzą w miastach, a na szlak wysyłają zbrojnych z Garnizonu. Jeżeli nawet jakiś kongregat wyściubi nos poza mury, to raczej w poszukiwania rozwiązania problemu plagi spaczonych, więc raczej jesteś bezpieczny… Na szlaku ma się rozumieć — zaznaczył Jack i sięgnął po kieliszek. Przypomniał sobie jak na posterunku na przedmieściach, gdzie zamiast muru wciąż używano zwykłego, plecionego grubym drutem płotu, jakiś fanatyczny uczeń dobierał mu się do spodni szukając kontrabandy, artefaktów starej cywilizacji czy cholera wie czego. — Przy wjeździe do miasta spodziewaj się wnikliwej kontroli.
— Na takie kontrole są sposoby, Jackie — Kewolt mrugnął do Jacka, wzniósł niemy toast i ponownie w szkle powiało pustką. Zeger westchnął radośnie — Eh… Czyli naprawdę sobie nie radzą. — Smakował swój głośno wypowiedziany wniosek, który najwyraźniej był smaczniejszy od spożytej wódki. — Sukinsyny. Wreszcie padli ofiarą swojej własnej propagandy. Może teraz pójdą po rozum do głowy i przestaną szukać winnych wszędzie tam, gdzie ich nie ma.
Jack wypił swoją porcję alkoholu, który natychmiast uzupełnił do pełna zarówno sobie, jak i gościowi.
— Nie liczyłbym na to — powiedział — wciąż szukają nazwy dla kozła ofiarnego. Goeci, którzy rzekomo wysycają runy są na… jak to się mówi po staremu? “Na topie”? Albo technomanci, których nikt na oczy nie widział po pierwszej wojnie. No i wy.
— A co do cholery niby mam wspólnego ze spaczeniem? Eh… Nie było tematu. Czyli co Jakie… Tylko spaczeńcy są na bezdrożach?
— Spotkasz jeszcze jakieś grupki awanturników… Hanzę w obstawie zbrojnych… Generalnie standard taki, jak przed wojną, tyle, że o wiele więcej ostrych włóczni w nerwowych rękach i więcej murów przy osadach. Nawet bandyci wolą chować się za murami niż czekać w zaroślach na konwój Hanzy.
— Jasny chuj, to co oni robią w mieście?
— Jak nie rabują mieszkańców, to zatrudniają się jako zbrojni.
— Pierdolisz.
Jack zaśmiał się, ale nie mógł też uwierzyć, że Kewolt jest tak oderwany od rzeczywistości.
— Co ty robiłeś przez te parę lat, Kewolt? Dziś pierwszy raz wyścióbiłeś nos ze swojej pracowni?
— Kurwa, Jackie, ja mam lepsze rzeczy do roboty, niż zajmowanie się polityką.
— To nie polityka, tylko życie, Kewolt. Codzienność. Dziś każdy głupi wie, że drab z nożem w ręku i nieprzyjemną mordą może zarówno zasadzić ci ostrze w żebra, jak i zaoferować ochronę. Prawdziwą ochronę.
— Czy ty mnie właśnie nazwałeś gorszym od głupiego, Jackie? — zaśmiał się Kewolt — to ja tu z podarunkami do ciebie przychodzę a ty mnie obrażasz — zeger rzucił na stół coś, co przypominało zegarek kieszonkowy — Co za gościna.
— Co to? — Spytał Jack nachylając się nad srebrnym, okrągłym pudełkiem. W tym świetle widać było subtelne grawerunki, których mieszanina i głębokość tworzyły albo pięcioramienną gwiazdę, albo wagę, wszystko zależało od kąta, pod jakim się patrzyło — wygląda na cholernie drogie.
— Bo jest. To twoja nowa parasanga. Tylko musisz mi oddać starą.
Jack sięgnął pod stół, skąd wyjął plastikowe, okrągłe pudełko. Stara parasanga była sporo większa od nowej wersji, mocno poobijana i zdecydowanie brzydsza. Jack odkręcił dekielek i postawił obok młodszego brata. Zeger nachylił się nad stołem, chwycił nową parasangę i nacisnął mały guziczek na krawędzi. Srebrne wieczko odskoczyło do góry ukazując czarne wnętrze. Kewolt sięgnął po wycior, który leżał na stole obok nowego rewolweru.
— Spójrz no tutaj chłopie — wskazał wyciorem wnętrze starej parasangi — twoje stare pudełko, zrobione chyba z opakowania po starożytnych landrynkach, posiadało kawałek eodium zamknięty w szklanej kulce. Chujowo zrobiony, ale robotę robiło jak należy.
Kewolt wyjął rzeczoną kuleczkę i odłożył ją na bok. Potem wyjął piankową wyściółkę ukazując wygrawerowany w dnie prosty lemegeton. Prosty, bo składający się ledwie z dwóch fajerek, którego zapisu glificznego nie rozumiał mimo, iż znał znaczenie całkiem sporej ilości glifów.
— Ta lemka jest w zasadzie nieaktualna, ale nie wolno ci nikomu jej rysować z pamięci czy cokolwiek takiego. To po prostu tajemnica państwowa, Jack. Jak ją pokażesz jakiemuś goecie to ci ryj urwę przy samej dupie.
Kewolt z zapałem zaczął ścierać rysunek z dna drucianą szczoteczką.
— Czemu?
— Czemu, czemu — Kewolt się zirytował — bo tak mówię i pogódź się z tym, paniał? W starych parasangach łatwo odkryć tą lemkę, dlatego robimy nowe.
— Czyli to nie taki znowu prezent—prezent.
— Nie czepiaj się nomenklatury. Masz? Ciesz się. W każdym razie — wskazał zawartość nowej parasangi — w nowym pudełku zamiast jednej szklanej kulki stosujemy trzy, do tego stalowe. W każdej jest eodium, ale zrobiliśmy z nim czary—mary i teraz parasanga ma kilka fajnych bajerów. Po pierwsze nie działa zero—jedynkowo. Zależnie od natężenia i zabarwienia dwaalu, rodzaju hexu…
— Zabarwienia dwaalu? O czym ty mówisz?
— Nie dostałeś notatki? — Kewolt strzelił sobie kolejnego szota wódki własnej produkcji i rozsiadł się w fotelu — w cechu zegerskim nasze nauki poszły trochę do przodu. Nasi ludzie od myślenia odkryli, że dwaal dwaalowi nierówny i ma różne barwy. To znaczy my to tak nazywamy, ale chodzi w skrócie o to, że rezonują inaczej zależnie od sytuacji. Na przykład hexy awatarów inaczej zabarwiają dwaal niż hexy goetów używających starterów. Dwaal gromadzący się blisko hexteriów też ma inną barwę. Nie mamy dokładnych badań, nikt z nas nie rzuca się pierdolonym czarodziejom w ramiona i nie robi notatek. Mamy jednak pewność, że tak jest a dokładną naturę przyjdzie ci poznać w polu.
— Robicie ze mnie królika doświadczalnego.
— Powinieneś się cieszyć, bo jako jeden z niewielu Sprawiedliwych otrzymujesz takie cacko.
Jack przyjrzał się dokładnie wnętrzu nowej parasangi. Istotnie w czarnej wyściółce znajdowały się kulki, które tworzyły trzy z czterech wierzchołków kwadratu.
— A ten pusty slot tutaj? — Jack wskazał puste miejsce.
Zeger ponownie nachylił się nad parasangą, ale nim odpowiedział nalał wódki do kieliszków.
— Odblokowujesz go na czternastym poziomie.
— Co?
— Taki nasz cechowy żarcik. Jest pusty, bo można tam coś dołożyć. Jeszcze nad tym pracujemy, ale miejsce w konstrukcji już uwzględniliśmy. Na razie to zostawmy Jack. Teraz uważaj — Kewolt zamknął parasangę i podsunął ją Jackowi — otwieraj.
Jack posłusznie wziął ją do ręki. Nacisnął guziczek z boku i wieczko odskoczyło, ale zamiast czarnej wyściółki z trzema stalowymi kółkami zobaczył zwykły kompas.
— Prawidłowo pokazuje północ — rzucił nagle Kewolt. — Każdy, kto ci ją podpierdoli będzie widział po otwarciu zwykłą busolę. Aby otworzyć ukryte dno z wkładem parasangi, musisz nacisnąć, pociągnąć lekko do góry, potem ile się da w dół i puścić.
— Powiedz jeszcze, że parzy kawę.
— Nie… Ale robi coś jeszcze. Naciśnij kciukiem kompas, mocno.
Jack przycisnął palcem szklaną osłonę i poczuł, jak całość zapada się do wnętrza obudowy. Igła nagle ożyła, przekręcając się na milimetr w lewo.
— Czujesz jak chodzi? Po dociśnięciu sprzęgasz mechanizm parasangi z kompasem. Nie pokazuje wtedy północy, tylko barwę odczytu. Zerknij na dwie kreski po lewej i prawej od północy. Jeżeli po dociśnięciu kompasu wskazówka przechyli się na lewo, to odczyt, jak my to mówimy w cechu, ma barwę zimną. Jak w prawo, to odczyt jest ciepły. Awatarzy są bardzo zimni.
— A spaczeni są pewnie gorący?
Kewolt westchnął ciężko. Spodziewał się tego, w końcu on sam na początku wysnuł taki wniosek. Zeger klasnął w dłonie i potrząsnął głową, by ocucić nieco skołowany wódką umysł.
— Nie. Igła skręca trochę w lewo, czyli odczyt jest chłodnawy.
— Jaja sobie robisz.
— Nie Jack, ale nie wyciągaj pochopnych wniosków i nie sugeruj się nomenklaturą. Słuchaj mnie teraz uważnie, bo aby prawidłowo czytać i przede wszystkim interpretować wskazania tego gadżetu musisz zrozumieć, jak go kalibrowaliśmy i czym naprawdę są te odczyty. Parasanga miała zawsze jeden cel: wskazywać na obecność i natężenie dwaalu. Problem z tą substancją jest taki, że to gówno jest wszędzie, nawet powietrzu którym oddychamy a jego fluktuacje zależne są od wielu nieznanych czynników. Goeci potrafią go wyczuć, wzbudzać i konwertować w hexy, ale my nie, Jack. Nikt nawet nie wie, jak duże stężenie dwaalu naprawdę wygląda a technomanci nie zostawili żadnej zabawki pozwalającej wykryć lub zmierzyć dwaal. Wszystkie nasze obliczenia i kalibracje oparliśmy tak naprawdę na jedynym znanym antagoniście dwaalu: eodium. I teraz uważaj Jack… To, że olej nie miesza się z wodą nie oznacza, że olej jest zły a woda dobra. Kongregacja robi wszystko, żebyśmy tak myśleli, ale skała nie może być kurwa zła. Eodium to pierdolony kawałek krystalicznego kamienia i chuj. W smaku trochę słony, więc możesz sobie dodać do ziemniaków, ale odbiegam od tematu. W cechu założyliśmy na razie, że eodium będzie maksymalnym odczytem na minus, a maksymalne stężenie dwaalu maksymalnym odczytem na plus. Eodium mogę dotknąć, porcjować i ważyć, ale dwaalu nie. Panzram, jeden z naszych zegerów, maksymalny odczyt na plus kalibrował w trakcie Wstąpienia awatara Breneki. Myślisz, że wsadził parasangę w dupę cheonowi, gdy ten przyszedł po Brenekę? Wiadomo, że nie. Stał na zewnątrz katedry w tłumie. Myślisz, że w ten “naukowy” sposób złapaliśmy wiarygodny odczyt?
— Pojechaliśmy potem w najbardziej opuszczone przez ludzi miejsce i tam kalibrowaliśmy punkt zero. Mówiłem ci, że dwaal jest wszędzie, nie? Skąd mam wiedzieć, jaka była tam koncentracja dwaalu, albo czy nie było tam na przykład śladowych ilości eodium… Przekręciliśmy wskazówkę na środek i komisyjnie uznaliśmy to za zero. Jak widzisz więc… To wszystko jest grubymi nićmi szyte. Dlatego ważne jest, byś używając tej zabawki podchodził z rezerwą do jej wskazań. Gdy spotkasz zegera albo wiedzącego, opowiedz mu o wszystkim, czego się nauczyłeś lub czego doświadczyłeś… Przy odrobinie szczęścia zrobimy nowe kalibracje, którym będzie można bardziej ufać.
— W porządku, rozumiem… — Powiedział Jack tak przekonująco, że Kewolt popatrzył na niego jak na durnego syna i pokręcił głową nieco zrezygnowany, ale wyraźnie rozbawiony — A jak igła wyjdzie poza skalę w którąś stronę?
Kewolt uśmiechnął się jeszcze szerzej, walnął szota i rozsiadł się w fotelu.
— To spierdalaj.

Strony: 1 2 3 4 5