I. Powrót do domu.

            Lobeof rozsiadł się wygodnie w twardej berżerce spoglądając ostatni raz na dokument z pieczęcią Awatara Panteonu Prawa. Stało się, oto doznał największego zaszczytu, jakim jest Wstąpienie. Lobeof był do samego końca pewny, że chodzi o Arona, ale jednak to on. To nie była zwykła śmierć, po której trafi do Vau. Nie powróci też do Ogrodu jako człowiek. Jego przeznaczeniem było zostać jednym z Nich. Rozpiął sztywną, białą liberię ze złoconymi guzikami i włożył rękę pod lnianą koszulę. Serce biło tak mocno, że czuł echo tętna w opuszkach palców. Niedługo przyjdzie mu pożegnać się z tym ciałem. Zwykłą powłoką zrobioną z… mięsa. Lubił je, dbał o nie, ale po latach służby zrozumiał, że to jedynie niedoskonała powłoka, która stawia zbyt dużo ograniczeń. Konstrukcję doceniał, ktokolwiek ją wymyślił musiał mieć niesamowity talent, ale daleko jej było do doskonałości. To jednak bez znaczenia, czas zmienić powłokę, jego valor jest gotowy, on jest gotowy. Jutro uroczystość, na Placu Wstąpienia pojawi się całe miasto by celebrować ten dzień — inni awatarowie, przyjaciele, jego rodzina, żona z dziećmi… Właśnie. Martwił się o swoją Secil, której twarz na wieść o Wstąpieniu rozpromienił uśmiech, ale oczy zdradzały typowo ludzkie uczucie smutku. Nie odzywała się do niego za wiele od kiedy kurier przyniósł dobrą nowinę, odpowiadała zdawkowo, uciekała spojrzeniem kryjąc łzy. W końcu zrozumie, musi zrozumieć — Lobeof powtarzał to sobie nieco zbyt często, jakby sam miał wątpliwości. Machnął ręką kilka razy odganiając natrętną myśl. Jestem Lobeof, Awatar Cheona Cudów i jutro wszystko co ludzkie przestanie mieć znaczenie. Stanę się istotą wyższą, trwającą wieki! Będę stąpał po monastyrze Bastionu a Dwaal stanie się jego krwią, krwią boga. Będę prowadził ludzi do Vau, swoją żonę i dzieci także tam zaprowadzę, gdy nadejdzie ich czas. Nie rozstajemy się na długo. Nie będę ziarnem w młynie chaosu, będę porządkiem, który go napędza! Będę tkać nici przeznaczenia, a nie bezwiednie na nich wisiał.
            Zasłużył. Secil zrozumie. Dzieci zrozumieją. Łzy znikną z ich twarzy jak tylko cielesna powłoka zamieni się w kamień, w zimne wspomnienie po jego ludzkim życiu. Jego valor stanie się glifem w setkach nowych lemegetonów. Co będzie jego domeną? Czy jego glif będzie sprowadzał pożogę na spaczonych albo technomantów? Może będzie leczył choroby, wspierał przepływ, spełniał życzenia? Ekscytacja mrowiła pod jego skórą, a jednak wśród pytań, gdzie niezależnie od odpowiedzi implikacje były wyłącznie pozytywne, pojawiały się również takie, które budziły w najlepszym razie niepewność. Jako awatar wiedział dużo więcej o Cheonach i lemegetonach niż zwykli Goeci a jego umysł był bardziej oświecony, a mimo to nie wiedział, jak bardzo się zmieni. Wstąpienie to wyższy stopień rozumowania, zerwanie z okowami prostackiej logiki na rzecz pojmowania czegoś większego, szerszego. Lobeof zniknie, narodzi się Cheon czegoś. Czy mentalność Cheona pozwoli mu darzyć Secil typowo ludzkim pożądaniem? Czy będzie czuł ciepło w sercu, gdy znów pojawi się przed nim w swojej czerwonej sukni? Czy będzie ją kochał?
            Cheoni chronią i uczą, Cheoni leczą i prowadzą do Vau, dbają o czystość valoru, o rozwój ponad własną, wadliwą cielesność. Jak tego nie można nazwać miłością? Cheoni zawsze budzili respekt i autorytet, ale w ich marmurowym obliczu próżno szukać emocji. To kamień, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu naczynie pozwalające Cheonom chodzić po Ogrodzie. Ich głos rozbrzmiewa ciepłem w głowie rozmówcy, ale nie oszukujmy się… Ten ciepły ton staje się chłodniejszy, gdy zadaje się niezbyt wygodne pytania. Trudne pytania.
Zerknął na cheońską pieczęć, jakby miała magiczną moc rozwiewania wątpliwości. gdy ktoś zapukał w drzwi.
— Wejść — rzucił Lobeof z ulgą, będąc wdzięczny, że coś na chwilę oderwie go od myśli sunących ku mrocznym meandrom. Drzwi izby otworzyły się z delikatnym szczęknięciem i w drzwiach pojawił się Jack. Jego widok wywołał u Lobeofa ambiwalentne uczucia, a wyraz twarzy niespodziewanego gościa, choć często obojętny, zdradzał podobne zmieszanie. Oboje byli zakłopotani tą wizytą.
— Przychodzisz celebrować ze mną mój mały sukces? — zapytał, siląc się na koleżeński ton.
— Nie było mnie w mieście. Jaki sukces?
Lobeof pochylił się nad biurkiem i popukał palcem w glejt opatrzony cheońską pieczęcią z niemałym uśmiechem zadowolenia.
— Wstąpienie bracie. Zostałem wybrany.
Jack pozornie nie wykonał żadnego, nawet drobnego ruchu, ale Lobeof znał go zbyt dobrze, by nie dostrzec drobnej iskierki nerwowości czającej się w jego oku. A więc dlatego Kewolt opuszcza miasto, pomyślał Jack.
— Gratuluję — odpowiedział sucho.
Cisza rozlała się po pomieszczeniu jak gęsty dym.
— Skoro nie przyszedłeś mnie wyściskać, to czego chcesz, bracie?
— Chciałem cię poinformować — rzekł po dłuższej chwili wyraźnego wahania — że za miastem pojawił się spaczony.
Była to prawda, ale niecała. Jack najwyraźniej nie potrafił się przemóc i powiedzieć bratu o omenie. Z twarzy Lobeofa zniknął lekki uśmiech tryumfu.
— Widziałeś go?
— Widziałem wyraźne ślady.
— Ślady? — Irytacja zmarszczyła czoło awatara a ton głosu zabarwił się złością — czyli bardziej się domyślasz?
— Zachowanie parasangi to potwierdza.
— Parasanga — Lobeof prychnął, prawie wypluwając to słowo — Jesteśmy braćmi Jack, ale nie powinieneś nawet mówić tego słowa przy mnie.
— Nawet nie zaczynaj — odparł Jack z kwaśną miną i cięzkim westchnieniem — nie mam jej od wczoraj, dobrze o tym wiesz.
— Może nie pamiętasz Jack, ale parasanga nie była częścią dekretu.
— Czemu tak nagle zacząłeś lustrować moje kieszenie? Boisz się o swoje wstąpienie, “bracie”? — rzekł jadowicie, jakby coś w nim pękło. Nie lubił tego w Lobeofie. Zadzierał nosa, jako awatar miał poczucie wyższości, a że łatwo było wśród kanonów awatara znaleźć powód, by kogoś zakuć w kajdany, to Lobeof wykorzystywał je by zamknąć usta każdemu, kto był dla niego niewygodny — I co? Nagle możesz używać mojego imienia? Przychodzę do ciebie wierząc, że ty, jako “awatar”, zajmiesz się tym jak należy. Ale masz swoje Wstąpienie, więc chrzanić ludzi, którym spaczeniec narobi biedy…
Lobeof wstał gwałtownie, przewracając z hukiem fotel. Wycelował palcem w Jacka idąc w jego kierunku z miną daleką od zrównoważonego, zdyscyplinowanego wybrańca Cheonów.
— Jak śmiesz ty cholerny relikcie ciemnogrodu!? Znam swoje obowiązki i nie będziesz mnie pouczał! Nie insynuuj, że przekładam siebie nad innych! Ja! Służę! Ludziom! — zaakcentował ostatnie słowa wyraźnym gestem ręki. Parasanga w kieszeni Jacka zaczęło wibrować ostrzegawczo.
— Uważaj Lobi, bo ci się już oczka świecą! — Warknął Jack ruszając naprzód i odruchowo sięgając do pasa — Prawda zabolała do łez czy masz zamiar mnie przypalić jakimś hexem?
Lobeof zatrzymał się. Na widok Jacka gotowego użyć broni przeciw niemu zrobiło mu się zwyczajnie przykro a wzbierający w nim gniew nagle gdzieś uleciał.
— A ty jesteś gotów mnie zabić, bracie?
Jackowi ręka zamarła nad kaburą. Opuścił ją po chwili, jakby stracił w niej władzę. Wstyd malujący się na twarzy zasłonił rondem kapelusza.
— Ostrzegam cię przed spaczeńcem, Lobi — powiedział głucho a spojrzenie utkwiło w drzwiach — wierzysz czy nie, to nie ma znaczenia — odwrócił się na pięcie i sięgnął do klamki.
— Sprawdzę to — rzekł szybko Lobeof. Jack skinął głową, szarpnął klamkę i dał krok za próg.
— Będziesz na Wstąpieniu?
Awatar spytał trochę zbyt szybko, by Jack nie zorientował się, że mu zależy. Zatrzymał się i spojrzał przez ramię na swojego brata. Trwał tak w zamyśleniu, tym razem doskonale maskując uczucia, przez co Lobeof nie wiedział, co oznaczało ciche mruknięcie pod nosem. Drzwi zamknęły się za Jackiem a Lobeof został sam na sam ze swoim sukcesem leżącym na biurku. Spojrzał na glejt, ale w tej chwili nie potrafił dostrzec tam niczego więcej, jak zwykłego kawałka papieru.

Strony: 1 2 3 4 5