I. Powrót do domu.

            Była to wyjątkowo ciepła noc. Cykady dawały usypiający koncert a chłodny wiatr koił nerwy Jacka. Po burzy pozostały tylko kałuże i rozmokła ziemia. Korzystał ze spaceru, nie spieszył się do swojego domu. Pozwolił sobie na ściągnięcie opaski, która odcisnęła czerwonym śladem swój kształt na jego twarzy. Mimo, iż nie otworzył oka (by nie zwracać na siebie zbytniej uwagi), ulga była znaczna i to mu wystarczyło. Zadziwiające, że nocna przechadzka po mieście miała tak terapetuczny wpływ na Sprawiedliwego. Pewnie to dlatego, że Palisada była mu bliska mimo, iż duża część mieszkańców nie darzyła go sympatią. Czasem zastanawiał się, czy dalej jest sens nazywania się Sprawiedliwym, skoro ludzie w dużej mierze stracili szacunek i zaufanie do tej instytucji. Kiedyś był to prestiż, dziś jest to rodzaj piętna, którego skutki odczuwasz jeszcze za życia.
            Z nostalgią wspominał czasy swojego dzieciństwa, gdy razem z Lobim i innymi dzieciakami wspinali się na wizytówkę Palisady nazywaną samotną szklaną wieżą. Żadnych rozterek, ciężkich myśli, przytłaczających dni… Tylko zabawa w berka, tchórza i walki cheonów . Wieża znajdowała się niemalże w centrum miasta i była formą pomnika, którego nie wolno było dotykać. Szkoda, bo było to doskonałe miejsce do zabawy i testowania swojej odwagi. Lobi i Jack wspięli się najwyżej ze swojej paczki kolegów i koleżanek — dwadzieścia jeden z czterdziestu pięciu zdobytych pięter. To był prestiż a nie tam jakieś bycie Awatarem czy Sprawiedliwym. Widok z wieży był niesamowity, a plotki głosiły, że z samej góry można gołym okiem dostrzec Bastion kryjący się w promieniach słońca. To były dobre czasy pełne dziecięcych marzeń, ale niestety bezpowrotnie minęły. Dziś wieżowiec po prostu prezentował się okazale górując nad okolicą. Był szczególnym punktem na mapie Palisady i okolic, znakiem rozpoznawczym dla podróżników spoglądających na horyzont. Nawet gdy strudzony Jack wracał z kolejnych wypraw, widok wieży w oddali dodawał mu sił.Od zakończenia pierwszej wojny nehelemskiej kolejne pokolenia rady miasta debatują, czy obiektu nie wyburzyć. Ostatnim bastionem (nomen omen) broniącym wieży przed jej nieuchronnym losem jest Lobeof.
            Jack ganił się w myślach za wizytę złożoną awatarowi. Cały czas widzi w nim brata, ale jego reakcja na złożoną wizytę utwierdzała go w przekonaniu, że dobrze zrobił nie mówiąc mu o omenie. Z drugiej strony sam sięgnął po broń z głupiego powodu. Czyżby tak nim wstrząsnęła wiadomość o wstąpieniu Lobiego? A może wciąż postrzega go jako zdrajcę? Od zawsze nosił silną urazę do brata, że wybrał kongregację. O tym, że go zaprzysiężono dowiedział się w jednym z listów. W każdym kolejnym było coraz mniej Lobiego rysującego nieprzyzwoite rysunki na miejskich lemegetonach a coraz więcej Lobeofa fanatycznie mówiącego o kanonach kongregacji. Z jednej strony to był jego wybór i Jack powinien go uszanować, tym bardziej, że on także dokonał niewygodnego dla brata wyboru, tak więc trudno powiedzieć, kto komu (i czy w ogóle) zrobił tu na złość. Fakt jest jednak taki, że nie mógł liczyć w najbliższym czasie na Lobiego, bo czeka go Wstąpienie i po nim nie będzie już miał brata. Ta myśl wykręcała Jackowi wnętrzności.
            Aby uwolnić myśli od emocjonalnych rozterek Jack skupił się na innym problemie: Omenie, którego doznał w trakcie wyprawy. Zdecydował się wstąpić do Dolara, w którym upatrywał nadzieję na rozwiązanie swojego problemu. Droga do jego siedziby prowadziła przez Plac Wstąpienia, gdzie mimo późnej pory trwały prace przygotowawcze do jutrzejszej uroczystości. Jack dobrze pamiętał wstąpienie Vespy sprzed dwóch lat. Tłumy ludzi na placu przed katedrą, chorągwie, wiwaty, śpiewy i recytacje. W trakcie przygotowań w samej katedrze mogli przebywać tylko uczniowie kongregacji, moderatorzy, awatarzy, korpus cywilny i goście biorący udział w próbach. Być zaproszonym do katedry podczas Wstąpienia to zaszczyt, którego Jack nigdy nie dostąpił, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Od samego początku swojego istnienia drażnił go temat kongregacji — wydawałoby się, że bez wyraźnego powodu. Miał wrodzony brak zaufania do ludu Decaina, czuł się nieswojo w towarzystwie awatarów i pewnie dlatego za młodu lubił wandalizować wszystko, co wiązało się z Cheonami i ich naukami.
            Zatrzymał się pod arkadami ciągnącymi się wzdłuż wschodniej części placu. Wrota katedry były otwarte wypluwając co chwila uczniów kongregacji przygotowujących obchody jutrzejszego wydarzenia. Wszystkich śpiochów i innych fanów surfowania po dwaalu pochowanych w różnych zakamarkach albo przeganiano, jeżeli byli jeszcze przytomni, albo wynoszono, nierzadko martwych. Wśród nich było całkiem sporo byłych goetów, którzy za bardzo zanurzyli się w obietnicach dwaalu.
            Nadużywanie hexów prowadzi do nagromadzenia tej niewidzialnej, tajemniczej substancji, w skrajnych przypadkach wprowadzając goetę w śpiączkę. Omen był znakiem ostrzegawczym, by odpuścić na jakiś czas praktykowanie goecji, ale sny sprowadzane przez dwaal uzależniały. Ci, którzy wyszli ze śpiączki opowiadali o niesamowitych, żywych snach, gdzie mogli być kim chcieli i robić, co chcieli. Byli bogami w krainie snów, szczęśliwymi i pozbawionymi dotychczasowych trosk.
            Nic dziwnego, że ci, którzy się obudzili koniecznie chcieli tam wrócić, najlepiej szybko i raz na zawsze, nierzadko doprowadzając w ten sposób do katastrof wywołanych potrzebą ponownego, gwałtownego nagromadzenia dwaalu, który ponownie sprowadziłby na nich cudowne sny. Tym pewnego rodzaju narkomanom odbierano startery, zamykano w lecznicy lub nawet zabijano, jeżeli stwarzali zagrożenie. Nie mogąc praktykować goecji w mieście, opętani żądzą powrotu do krainy marzeń kryli się na przepastnych bezdrożach, gdzie nie sięgały często ani prawa, ani moderatorzy kongregacji, byli tam za to Sprawiedliwi.
            Wstąpienie było doskonałą i bardzo wyjątkową okazją, bo mógł on szczęśliwcom zagwarantować naprawdę wieczny sen. Mimo, iż nagromadzenie dwaalu było spore, to nie było tak skoncentrowane jak w wypadku niektórych hexów, ale przy odrobinie szczęścia można było wkroczyć do krainy snów i obrócić się w kamień, zamykając sobie drogę powrotu do realnego świata. Nikt nie wiedział, co stało za tym zjawiskiem, ale z racji podobieństw do efektu ceremonii nazywano to “małym wstąpieniem”. Była to szczególnie irytująca moderatorów praktyka uzależnionych od snu śpiochów.
            Katedra wzniesiona z czerwonej cegły bez wątpienia była pozostałością zapomnianej historii, reliktem przeszłości zaadaptowanym do aktualnych potrzeb, choć wielu Wiedzących mówi tu o “asymilacji”. Nad samymi łukowymi wrotami wisiał potężny, okrągły witraż znajdujący się w uścisku strzelistych wież, które wzbijały się wysoko w czarne niebo. Jack mógł sobie tylko wyobrazić, jak pięknie wyglądało wnętrze katedry, gdy promienie słońca wpadały przez kolorową mozaikę ze szkła i stali. Ze środka biła złotawa, jasna aura, od której parasanga Jacka dostawała drgawek.
            Wtedy dostrzegł postać niepasującą ani do późnej pory, ani do kongregacji. Spojrzenia straży katedry taksowały ją tak samo niechętnie i podejrzliwie jak samego Jacka, co tylko zachęciło go do bliższej obserwacji. Kobieta o białych włosach siedziała po turecku intensywnie pracując nad kartką papieru rozłożoną na nogach. Zerkała co jakiś czas w stronę katedry i, jak się okazało gdy Jack podszedł bliżej, szkicowała ołówkiem wnętrze wyjątkowo detalicznie. Kartkę oświetlał niewielki kryształ wiszący na jej szyi — bez wątpienia osobisty starter aktualnie pobudzany przepływem. Goetka.
— Ustawiłam się tak, jak chcieliście, tak daleko, jak chcieliście, co wam jeszcze nie pasuje? — Nawet na niego nie spojrzała, kontynuując dalej swoje artystyczne zajęcie.
— Nie pozwalają pani malować?
Kobieta oderwała wzrok od kartki i dopiero teraz przujżała się Jackowi. Miała nieco okrągłą buzię i sympatyczne, piwne oczy. W jej elegenckim, ale wyjątkowo praktycznym stroju dominowała czerń, z kilkoma białymi akcentami.
— Nie bardzo — odparła zmieszana, ale uśmiechnęła się — pan też nie ułatwia — zmrużyła oczy, badawczo przyglądając się Jackowi — Coś się panu stało?
— Hm?
— Oko.
— Ah… — Jack podrapał się po prawej powiece — mam z nim trochę problemów — powiedział i nasunął czarną, skórzaną opaskę.
— Mogę pomóc, znam kilka hexów.
— Na to nie ma hexa — zaśmiał się Jack — ale dziękuję.
Nagle jej przyjazny uśmiech przygasł a oczy uciekły do rysunku.
— Zasiedziałam się — wcisnęła niedbale swoje dzieło do plecaka i wstała gwałtownie.
— Raczej zdenerwowała. Dość nagle — powiedział sucho Jack.
Kobieta spojrzała na Jacka, Jack patrzył na nią. Różne myśli kłębiły się obojgu w głowie a z każdą sekundą narastało nieprzyjemne napięcie. W końcu białowłosa wskazała na kaburę Jacka, która niesfornie wyjrzała spod marynarki. No tak. Nie krył jej zbyt specjalnie i nietrudno było ją dostrzec, szczególnie gdy siedziała.
— Pani nie jest z Palisady, prawda? — Jack zapiął marynarkę.
— Nie.
— Wojna się skończyła, nie ma się o co martwić — Jack próbował uspokoić goetkę, ale jej mina sugerowała, że bez skutku.
— Po prostu spaceruje pan nocą po placu dzień przed Wstąpieniem. Zupełnie przypadkowo.
Niepokój zagnieździł się zarówno w jej głosie, jak i każdym drobnym ruchu, sztywnym i nienaturalnym. Jej reakcja podpowiadała Jackowi, że musiała być w jakiś sposób wplątana w drugą wojnę Nehelemską. Jack miał wrażenie, że za chwilę nogi poniosą ją do ucieczki albo sięgnie po starter. Zaśmiał się krótko pod nosem chcąc rozładować sytuację.
— Tak. W istocie rzeczy idę do znajomego, ale potrzebowałem się przewietrzyć, więc nadkładam drogi. Skąd pani jest? — spytał próbując zejść na inny temat, ale za późno zrozumiał, że zabrzmiał, jakby ją przesłuchiwał.
— Z Aston.
— To daleko.
— Niecodziennie awatar zostaje częścią cheońskiego panteonu.
— Owszem.
            Stali tak, nerwowo prowadząc dialog obfitujący w sucho wypowiadane fakty zawarte w kilku słowach. Jack zapewnił ją tylko, że wojna się skończyła i nie ważne, po której stronie się opowiadała. Teraz skupiają się na spaczonych, więc awatarzy i goeci nie mają się czego bać z ich strony. Napięcie, mimo starań Jacka, nie zelżało — można nawet powiedzieć, że rósł jeszcze większy mur między nimi. Konwersacja chyliła się ku upadkowi, gdy nagle nieznajoma białowłosa wyciągnęła dłoń.
— Przepraszam, po prostu nie potrafię pominąć faktu, że jest pan Sprawiedliwym.
Nerwowy uśmiech znikł z twarzy Jacka razem z lekkim powiewem wiatru, ale jednocześnie poczuł wdzięczność za tę odrobinę szczerości. Z anemicznym wyrazem na twarzy uścisnął jej dłoń.
— Rozumiem. Życzę miłych wrażeń.
— Do widzenia.
Nieznajoma skinęłą głową, odwróciła się i ruszyła sztywno przed siebie, jakby bała się, że Jack za chwilę ją zastrzeli. Nie znał jej imienia, ona nie poznała jego. Dla siebie byli tylko Sprawiedliwym i Goetką. Ogniem i wodą.

Strony: 1 2 3 4 5