I. Powrót do domu.

            Ten dzień obfitował w nieprzyjemne sytuacje, a każda z nich powodowała mdłe uczucie w żołądku Jacka. Zeger wyjeżdża, Lobi otrzyma wstąpienie a nieznajomi uciekają od niego jak od gówna. Do tego doszła jeszcze Secil. Trafił na nią przypadkiem w jednej z barwnych alei, gdzie ze względu na porę prędzej spodziewałby się niemoralnych propozycji niż żony awatara. Odruchowo wyciągnął broń, gdy zza zakrętu chwiejnym krokiem wyłoniła się postać okryta luźnym płaszczem. Dopiero w świetle błędnego ognia dostrzegł Secil, która miała łzy w oczach. Charakterystyczna budrysówka Lobeofa była luźno zarzucona na piżamę.
— Przedziwny zestaw na wieczorny spacer.
Jack schował broń. Secil otarła łzy podchodząc do Jacka i popchnęła go w złości, prawie go przewracając.
— Zrób coś — powiedziała wściekła — jesteś jego bratem! — ponowiła atak, na co Jack już był przygotowany. Po prostu przyjmował niegroźne pchnięcia, starając się nie przewrócić — dlaczego wybrali jego? Przecież to twój brat, nie powinni go wybrać właśnie ze względu na ciebie!
— Może właśnie dlatego go wybrali?
Ciosy zamieniły się w chwyt szarpiący za klapy marynarki.
— Zrób coś! Okryj go hańbą! Zrób tak, żeby powiedzieli, że jest niegodny! Na pewno umiesz!
— Daj spokój Secil — rzekł obojętnie. Secil uwiesiła się na Jacku prawie prując jego znoszoną, szarą marynarkę. Nie straciła sił, tylko nadzieję. Beznamiętnie uderzała głową o jego pierś a jej długie, rude włosy lepiły się do jego mokrej od łez koszuli.
— Przerwij Wstąpienie — jej głos zabrzmiał inaczej, jakby nie należał do niej — przerwij je. Odwlecz ile się da. Cokolwiek…
— Secil… — Jack zdobył się na ciepły ton — To do Lobiego należy decyzja i zdaje się, że ją podjął. Ja jestem cierniem w jego oku i moje prośby tylko umocnią jego postanowienie.
Czekał na jakąkolwiek reakcję zrozpaczonej kobiety. Nic.
— Poza tym… to nic złego — dodał wyraźnie bez przekonania. Secil podniosła głowę przeszywając Jacka czerwonym od łez spojrzeniem.
— Jeżeli wróci jako Cheon… — wyłkała.
Zimny lud skuł wnętrzności Jacka. Gwałtowny dreszcz nie uszedł uwadze Secil. Odsunęła się od niego.
— Idź Jack. Idź precz — odwróciła się i nienagannym, eleganckim krokiem oddaliła się w kierunku swojego domu, ani razu nie oglądając się za siebie. To nagłe odzyskanie rezonu przez Secil napawało Jacka niepokojem. Daleko na zachodzie pomrukiwała oddalająca się burza.

— Omen? — Dolar ścierał senny piasek z oczu — Z jednej strony… Wow… Z drugiej nic dziwnego.
            Goeta rozsiadł się w fotelu, który zdecydowanie nie pasował do reszty wystroju mieszkania. Mało tego, mieszkanie wypełnione było przedmiotami i meblami, które pochodziły chyba z różnych epok. Stara szafa robiła jednocześnie za ściankę działową w tym jednopokojowym, ale obszernym domostwie. Można było odnieść wrażenie, że Dolar dopiero się tu wprowadził, gdyż wszystkie meble zdawały się stać bez ładu i składu, rozrzucone chaotycznie po mieszkaniu. Jedynym elementem, który sprawiał wrażenie celowo umieszczonego w pokoju był czarny, matowy podest wykonany z jednego kawałka kamienia. Miał około czterech metrów średnicy i był sceną jednego człowieka. Luca, bardzo młody chłopak o włosach prawie sięgających ramion, stał na jego środku i oglądał swoje dzieło przekładając między palcami rylec, którego użył do jego wykonania. Nie było kompletne, ale projekt był duży i każdy krok musiał być dobrze przemyślany. Jack kątem oka spoglądał na pracę Luci, który co jakiś czas padał na ziemię i delikatnymi ruchami rysował kolejne glify i granice fajerek.
— Bo?
— Jack… Z jednej strony jesteś Sprawiedliwym. Z drugiej sam Decain cię naznaczył, i to dość poważnie.
— Jesteśmy w stanie coś z tym zrobić? Z Omenem?
— Nawet jeżeli, to bym tego nie robił — Dolar sięgnął po kawę.
— Czemu?
— Myślę, że DeCain miał większy plan na myśli, gdy dał ci swoją pieczęć. Mam tu na myśli nie tylko ciebie per se, ale też pozostawienie was przy życiu po wojnie. To nie może być tylko miły gest. Może omen jest częścią jego planu.
— Brzmisz jakbyś wciąż nosił liberię.
— Nie zrozum mnie źle Jack… po prostu pewnym faktom nawet ja nie zaprzeczę.
— Jakim niby faktom?
— Zaznaczając cię, Decain wydał niejako amnestię na wasze bractwo, a przynajmniej tak zrozumiała to kongregacja. Nie musiał tego robić, nie musiał ratować waszej skóry. Jednak zrobił to, pobłogosławił, wyciągnął dłoń, nazywaj to jak chcesz. Osobiście uważam, że Decain zaskoczył nie tylko kongregację i Sprawiedliwych, ale też swoich braci. Nikt o tym nie mówi i zapewne mówić nie będzie. Ale traktowanie tego jak jakieś choroby Jack… Ja nie mogę tego zrobić.
— A co możesz zrobić? Bo na razie słyszę tylko bełkot nie mający nic wspólnego z moją sytuacją. Tylko krótko Dolec.
Dolar oparł się w fotelu i spojrzał w sufit. Bruzda na jego czole pogłębiała się z każdą sekundą milczenia. W końcu westchnął i spojrzał na intensywnie pracującego chłopaka.
— Luca, mamy jeszcze haizinę?
— Mamy — odpowiedział, wskazując palcem komodę.
Dolar wstał niechętnie i popijając kawę znalazł się przy starej komodzie. Machnął dłonią nad szufladą kilka razy po czym klnąc pod nosem zaczął szukać kluczyka.
— Nawet to cholerne pudełko nie daje rady — rzucił gniewnie w eter i zaczął grzebać po kieszeniach. Kluczyk znalazł dopiero w spodniach rzuconych na oparcie jakiegoś krzesła. Otworzył szufladę i wyjął z niej pudełko, które z najwyższą ostrożnością przyniósł z powrotem do stolika. Samo pudełko nie wyglądało za specjalnie. Było proste, pozbawione zdobień; ot, metalowy sześcian z wieczkiem na zawiasach. Dolar Otworzył zamek i przesunął skrzyneczkę w stronę Jacka.
— Otwieraj. Ja nie bardzo chce mieć z tym dzisiaj styczności.
— Co to jest? — spytał Jack otwierając pudełko. W wyściółce z twardej, czarnej gąbki znajdowała się czarna buteleczka opisana białą farbą.
— Roztwór eodium.
Jack nie krył zdziwienia. Goeta posiadający eodium był jak kucharz posiadający truciznę między przyprawami. Duże ryzyko, które mogło się skończyć źle nie tylko dla niego.
— Skąd to masz?
— Tuż przed moim odejściem podpieprzyłem kilka fiolek z Lecznicy Vespy.
— Żartujesz? Kongregaci mają eodium? Przecież to dla nich herezja.
— Herezja czy nie, to nie na każdy hex istnieje kontra. Do lecznicy zgłaszają się nie tylko ludzie z dolegliwościami fizycznymi. Czasem przypadłości są efektem hexów i gdy przyjdzie im leczyć ciężkie przypadki, to po cichu stosują ten roztwór, który nazywają haiziną.
— Pierdoleni hipokryci. Co mam z tym zrobić?
— Wypić. Ale oczywiście nie wszystko — Dolar panicznie pomachał ręką — Kapnij sobie ze dwie kropelki do szklanki wody i wypij.
— Chcesz mnie zatruć eodium?
— Tylko troszeczkę. Odetnie cię to mocno od przepływu, więc powinieneś mieć nieco spokoju. Tylko wiesz… Nie przesadź, nie wiem jak to wpłynie na twoje… eee… oko.
— Po co ci eodium tak w ogóle? — spytał Jack otwierając buteleczkę. Już sam zapach powodował szczypanie w prawym oku.
— Do tego samego co w lecznicy… oraz do różnych innych rzeczy. Bardzo często do gaszenia pożarów.
— Pożarów? — dwie krople czarnej cieczy wylądowały w pustym kieliszku.
— Jak mi jakaś lemka pójdzie dziko, to warto mieć rodzaj bezpiecznika. Jeszcze nie zdarzyło się mi, a tym bardziej Luce spektakularnie spieprzyć jakieś fajerki lemegetonu, ale czasem pominę ważny glif czy coś źle przekieruję na etapie projektowania. A jak odpalisz hexa, to już nie ma miejsca na korekty. Haizina jest dobra na hexy wymierzone w ludzi lub wpływające na ich organizm.
Jack rozcieńczył czarny płyn wodą i wypił duszkiem. W tym momencie ktoś wsadził mu szpikulec w oko, a przynajmniej tak to odczuł. Zgiął się wpół próbując wytrzymać falę bólu i zerwał opaskę z oka. Poczuł na palcach mokrą ciecz i miał nadzieję, że to tylko łzy.
— Jasny chuj… — wycedził.
— Mówiłem. Pokaż no.
Jack sycząc przez zęby próbował otworzyć oko, które atakowane było przez tysiące małych igieł i łzawiło obficie. Dolar widząc zmagania Jacka po prostu podniósł powiekę. Nie na długo oczywiście, bo Jack się wyrwał, prawie kuląc w fotelu.
— Tylko się nie zesraj. Dalej boli?
— Ta… Co tam się dzieje?
— Widzisz na nie?
Jack próbował kilka razy mrugnąć.
— Tak, coś tam widzę.
— No to nie ma się co martwić — Dolar usiadł i dopił kawę. — Jestem zmęczony Jack. Jeżeli to wszystko to jako twój “lekarz” zalecam jakiś procentowy napitek. Idź spać jak normalny człowiek.

Strony: 1 2 3 4 5