V. Przyjaciele i wrogowie.

Jestem świadkiem i czynnym uczestnikiem zmian, jakie następują w świecie. Pojawiła się nowa siła, która zmienia dotychczas znane prawa w łabędzi śpiew starej cywilizacji. My już wiemy, co to jest. Wy jeszcze błądzicie w ciemnościach. Oferuję wam dar oświecenia i będę cierpliwie czekał, aż go przyjmiecie. Tymczasem ze smutkiem będę obserwował, jak snujecie się we mgle domniemywań, racjonalizacji, bagatelizacji i ignorancji. Będę jednak niczym latarnia morska, która pozwoli odnaleźć drogę tym, którzy zaufają światłu.

— fragment pierwszego listu otwartego Vigala Delocka.

Taegan siedział po przeciwnej stronie stołu jako przesłuchiwany, ale gdyby spojrzeć na sytuację z boku, to można było mieć wątpliwości kto tu kogo przesłuchuje. Masywne dłonie awatara oplotły się wzajemnie palcami i oparły o lakierowany, drewniany blat. Taegan, delikatnie rzecz ujmując, uważał to przesłuchanie za farsę i taką też miał minę. Jack łypał na Taegana oskarżycielsko, ten miał minę doskonale oddającą definicję lekceważenia.
— W lemegetonie często umieszczamy blokadę wstępującego awatara i jest ku temu kilka przyczyn — tłumaczył Jackowi tonem silącym się na profesjonalizm. — Wstąpienie oznacza śmierć ludzkiego ciała. Nie wiemy co odczuwa wstępujący w trakcie ceremonii, ale wyraźnie zaznaczam, że mówimy tu o stanie umysłu, nie ciała. Cheoni zapewniają nas, że proces jest bezbolesny, ale nie ukrywają, że problem leży w umyśle wstępującego awatara. Dlatego tego zaszczytu dostępują nieliczni i to po bardzo długiej posłudze. Po prostu valor i umysł awatara muszą być gotowe, muszą dojrzeć. Chcąc nie chcąc jesteśmy wciąż ludźmi a nasze ciała rządzą się prymitywnymi odruchami, które ogłupiają często oświecony umysł.
— Wybacz Taegan — odparł Jack po chwili ciszy — ale dla mnie, szarego obywatela, to niczego nie tłumaczy.
— Odpowiem więc tak, żeby twój szary umysł to zrozumiał — Taegan uśmiechnął się szyderczo — Blokujemy awatara, by ten w jakimś głupim odruchu nie zaczął zakłócać Wstąpienia. To delikatny proces wyciągania Valoru i przekształcania go w pełnowartościową duszę. Może nastąpić dezorientacja, awatar może dostać ataku paniki, może po prostu podświadomie wzbudzić przepływ, zakłócając proces transformacji. Wolimy tego uniknąć, głównie dla dobra Awatara.
— Nie brzmi to zbyt przekonująco.
— Gdybyś spytał brata Jack, ten powiedziałby ci to samo. Chyba nie oskarżasz mnie o to, że w jakikolwiek nielegalny sposób modyfikowałem lemegeton, hm? Zresztą… — Taegan spojrzał na Alliona — Foritariusz może sprawdzić dokumentację z przygotowań do ceremonii Wstąpienia, gdzie odpowiednie szkice jasno pokażą, że w lemegetonie było planowane umieszczenie valoru Awatara Lobeofa z blokadą.
— Byłbym niezmiernie wdzięczny — odparł Allion, na co Taegan skinął głową.
— Na Wstąpieniu jeden z uczniów powiedział mi, że nie mogą rzucać hexów, jednocześnie mógł lewitować. Jak to jest?
Taegan mruczał niezadowolony pod nosem. Szukał słów, co chwila otwierał usta jakby już miał coś powiedzieć, by za chwilę znów pogrążyć się myślach. W końcu spojrzał błagalnie na Alliona, który odchrząknął.
— Gdyby lemegeton działał na broń palną, zostałaby zablokowana, gdybyś w kogoś wymierzył. Mógłbyś jednak, na przykład, strzelić do siebie. To rzecz jasna bardziej skomplikowane, ale oddaje działanie tego zabezpieczenia.
— Obrazowo. — Jack podziękował skinieniem głowy foritariuszowi i skierował swoje spojrzenie na Taegana — Allion wspomniał, że ten lemegeton pozwalał ci… nie wiem jak to nazwać… rejestrować rzucane hexy?
— Można to tak ująć — Taegan zerknął na Alliona poirytowany — nie powinieneś zdradzać Sprawiedliwemu takich rzeczy Foritariuszu Allionie.
— Okoliczności tego wymagają awatarze Taegan — Jack był pozytywnie zaskoczony postawą Alliona. Nie ugiął się ani nie zająknął pod naporem ganiącego spojrzenia awatara. Wielu by podkuliło ogon, ale Allion zachował nieco chłodny, profesjonalny ton wypowiedzi. — Zresztą Administrator Delock mianował Sprawiedliwego moderatorem kongregacji, a kanony wymagają aby…
Taegan uniósł dłoń i zamknął oczy, jakby się przed czymś powstrzymywał.
— Wiem, czego wymagają kanony… Wybacz — powiedział, w ocenie Jacka, zadziwiająco szczerze. — Odpowiadając na twoje pytanie… Moderatorze Arizona — nacisk na nadaną sprawiedliwemu funkcję miał chyba formę drwiny, bo Taeganowi wymsknął się drobny uśmieszek — to było kilka, jak nie kilkanaście hexów. Jeżeli mam pominąć te, których się spodziewałem jak lewitacja, telepatia…
— Telepatia?
— Tak — wtrącił od razu Allion — Ale do skutecznej komunikacji potrzebna jest wzajemna znajomość valorów rozmówców.
— Rozumiem — Zadziwiające ile problemów rozwiązałoby Kongregacji cholerne radio, pomyślał Jack. — Więc pomińmy na razie wasze ceremonialne czary—mary. Co działo się w tłumie?
— Nikt nie rzucał hexów w trakcie… Hmmm… Spokojniejszej części ceremonii. Były natomiast obecne aktywne hexy od samego początku. Ich dokładnej natury nie da się stwierdzić, to po prostu niemożliwe, ale mogę podać ich przybliżony efekt.
— Bardzo bym prosił — Jack uśmiechnął się sztucznie.
— Na pewno ktoś poprawiał sobie wzrok, o czym świadczą echa glifów…
— Bez technikaliów Taegan — przerwał znudzonym tonem Jack — I tak mi to nic nie powie.
Żelazne Serce spojrzał na Jacka jak na robaka. Jak każdy awatar nie był przyzwyczajony do grubiaństwa.
— Zatem poprawiano wzrok, powstrzymywano też lekkie dolegliwości i bóle — powiedział Taegan po czym zamilkł.
— i już? — spytał zawiedziony Jack.
— A czego się spodziewałeś?
Jack miał nadzieję na jakąś kulę ognia albo owiane legendą Słowa Mocy. Najwyraźniej nic z tego.
— A gdyby ktoś chciał rzucić hex na kogoś? Jak działa… — Jack spojrzał na Alliona próbując przypomnieć sobie słowo — …kontra?
Allion pokiwał głową, niewątpliwe dumny z Jacka, że się tak szybko uczy.
— Nastąpiłoby tak zwane sprzężenie zwrotne. Zależnie od hexa efekt mógłby być różny. Od przeszywającego bólu po efektowną implozję, ale sprzężenie jest adekwatne do siły i rodzaju hexa.
— Boreas jednak był w stanie zatrzymać lecącą włócznię. Nie rzucał hexa na siebie, więc jakim cudem…
— Gdy Cheon… Zginął — Taeganowi z wielkim trudem przeszło to słowo przez gardło — dezaktywowałem lemegeton.
— Czemu?
— Cheon zginął, więc lemegeton nie spełnił swojej roli, a do tego ograniczałby tylko nasze działania, dlatego go dezaktywowałem.
— Czyli da się ominąć taką blokadę? To znaczy złamać zabezpieczenie tego lemegetonu?
— Secil się to udało – odparł gniewnie Taegan.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
— Ale taka jest odpowiedź, Jack.
Jack spojrzał na Alliona, ten pokręcił głową, więc odpuścił. Zadowolony z siebie Taegan wstał i skierował się do wyjścia.
— Skoro to wszystko…
— Jeszcze jedna rzecz — zatrzymał go Jack — znasz Ewę Cole?
Taegan zmierzył Jacka wzrokiem i analizował potencjalne konsekwencje odpowiedzi.
— Protegowana Hanzy — odparł w końcu — Oczywiście.
— Ma białe włosy?
— Być może już tak. Lata młodości ma za sobą.
— A jest goetką?
Rude brwi podskoczyły Taeganowi do góry.
— Ależ skąd. Czemu pytasz?
— Proszę jeszcze na chwilę usiąść szanowny moderatorze — Allion gestem wskazał krzesło.
Taegan wahał się taksując podejrzliwym wzrokiem dwójkę moderatorów.
— Pani Ewa Cole była wśród zaproszonych na ceremonię — podjął Jack gdy Taegan ponownie zajął miejsce przesłuchiwanego. — Ale podejrzewamy, że w ogóle nie brała w niej udziału. Może nawet nie dotarła do Palisady. Zamiast niej na ceremonii pojawiła się białowłosa, młoda kobieta. Podejrzewamy, że wpuścił ją uczeń sprawdzający obecność.
Taegan oparł się na drewnianym krześle. Mimo solidnego wykonania zatrzeszczało pod naporem masywnych pleców.
— Edmund Zalman. Poczekajcie chwilę.
Piwne oczy Taegana rozbłysły nagle zimnym błękitem.
— Sprowadź Edmunda — powiedział w eter — Powiedz straży, żeby rozglądali się za białowłosą kobietą… Nie, po prostu poinformuj mnie albo Sprawiedliwego… Dyskretnie. — oczy awatara wróciły do normalności — Nie sądzę, żeby to długo potrwało. Z chęcią posłucham, co Edmund ma do powiedzenia na ten temat.

Jack wyszedł na główny hol przed salą obradową. O tej późnej porze świecił pustkami, dlatego pozwolił sobie usiąść na marmurowych schodkach prowadzących na pierwsze piętro i z ulgą zdjął opaskę z oka. Z kieszeni wydobył papierośnicę i w kilku powolnych ruchach zapalił ręcznie zwijanego papierosa.
— Tu nie wolno palić — Boreas pojawił się znikąd i przysiadł się do Jacka. Porzucił ceremonialne szaty na rzecz czerwonej liberii. Jack podsunął mu papierośnicę, ale syn Lobeofa tylko pokręcił głową. Papierośnica zamknęła się z cichym trzaskiem i zniknęła w kieszeni Jacka. Siedzieli tak w ciszy patrząc na wiecznie otwarte drzwi wejściowe do ratusza. Były to dwa masywne skrzydła z grubego drewna, z solidnymi okuciami tworzącymi wzór Słońca. Blokady drzwi nie były ruszane od wielu lat i gdyby ktoś chciał je dziś zamknąć, musiałby się nieźle z nimi mocować.
— Nie pozwalają mi się widzieć z mamą — Boreas przerwał ciszę.
— I dobrze. — odparł Jack sucho, na co Boreas spojrzał na niego z wyrzutem. — Mogłoby ci przyjść coś głupiego do głowy — dodał po chwili wypuszczając siwy dym z nozdrzy. — Co z Jaspis?
— Nie chce z nikim gadać. Tylko z mamą. I tobą.
— Widziała wszystko?
Boreas pokiwał głową.
— Parszywy los.
Jack wierzył, że Boreas jest twardy. To już dorosły chłopak, powinien mieć trochę oleju w głowie. Dowodem na to było to, że siedział teraz obok Jacka, a nie łypał na niego złowrogo z bezpiecznej odległości oskarżyciela.
— Jack… Jak mama…
— Ukradła mi rewolwer zeszłej nocy — podjął od razu Jack przerywając bratankowi — Gdy odwiedziłem twojego tatę, musiała się wymknąć do mojego mieszkania. Nie wiem, czy wiedziała, co tam znajdzie. Po prostu…. wybacz określenie… miała “szczęście”.
— Miałeś w domu załadowaną broń?
Jack pokręcił przecząco głową.
— Jeżeli broń jest nabita, to tylko gdy jest w mojej kaburze. Ale “szczęście” nie opuściło twojej mamy i trafiła na mnie w jednej z uliczek. Myślę, że przypadkiem, ale postanowiła wykorzystać tą sytuację i zdobyć kolejnego asa w rękawie. Odegrała piękną scenkę, na którą dałem się nabrać. Zwinęła mi mi jedną sztukę z pasa.
— Czyli… mama to zaplanowała? — Spytał Boreas po dłuższej chwili łamiącym się głosem.
— Słuchaj młody — Jack złapał chłopaka za ramię — Twoja mama na pewno nie planowała zabić Cheona. Chciała tylko, by twój ojciec został tu, z nami. Nie planowała nikogo krzywdzić. Ja w to po prostu nie wierzę. Ty też nie pozwól sobie tego wmówić.
— Ale…
— Zajmij się siostrą. I bierz z niej przykład. Nie słuchaj nikogo. Jakoś wyciągnę z tego twoją mamę, obiecuję.
Jack przekonywał tyleż Boreasa, co samego siebie. Na razie nie wiedział, jak tego dokona. Co gorsza, nawet gdyby udowodnił, że to nie Secil zabiła cheona, to wciąż istniała możliwość, że w jakiś sposób się do tego przyczyniła. Zmniejszenie wyroku z kary śmierci na kilka lat odsiadki w lochach nie brzmiało jak wyciągnięcie kogoś z kłopotów. Przemyślenia przerwał Jackowi huk otwieranych drzwi pokoju konferencyjnego. Taegan szybkim krokiem przemierzył hol a zaraz za nim pojawił się Allion, który zatrzymał się przy Jacku, odprowadzając awatara jedynie wzrokiem.
— Niech zgadnę — Jack dopalił papierosa, którego ostentacyjnie zagasił o marmurowy schodek i nasunął opaskę z powrotem na oko — Edmund przepadł.
— Jeszcze nie, ale był blisko — odparł Allion obojętnie wpatrując się w ciemność za wrotami wejściowymi, w której zniknął Taegan.
— To znaczy?
— Próbował się powiesić.

Dormitoria uczniów kongregacji znajdowały się niedaleko katedry. Był to dwupiętrowy budynek, który przetrwał pierwszą wojnę nehelemską, a to oznaczało dwie rzeczy. Po pierwsze fasada była w opłakanym stanie i byle kichnięcie powodowało odpadanie pokaźnych fragmentów tynku. W środku nocy, pod czujnym okiem księżyca górującego na czarnym jak smoła niebie i w otoczeniu bladoniebieskich błędników budynek wyglądał po prostu upiornie. Po drugie w środku pachniało grzybem, ziemią i wilgocią, co w ogólnym rozrachunku tworzyło grobową atmosferę. Każde skrzypnięcie starych zawiasów niosło się echem po wysokim korytarzu a ciężki krok Taegana musiał przerwać sen wszystkim mieszkańcom drugiego piętra. W drzwiach wejściowych do mieszkania zajętego między innymi przez Edmunda przywitał ich sługa Vigala. Nie chciał rozmawiać ani z Jackiem ani (ku zdziwieniu sprawiedliwego) z Allionem. Zamienił za to kilka słów z Taeganem, który kazał im zaczekać. Sługa stanął w drzwiach i przyglądał się dwójce śledczych swoim narkotycznym spojrzeniem.
— Doprawdy nie rozumiem, jak możesz brać udział w tej farsie bracie Allionie — zagaił w pewnym momencie sennym tonem.
— Z poczucia obowiązku? — odpowiedział Allion ze szczyptą irytacji w głosie.
— Twoim jedynym obowiązkiem jest służyć kongregacji, a kongregacja służy cheonom. Dziś rano zginął jeden z nich, z ręki marnej, zazdrosnej istoty, za pomocą narzędzi, które są zakazane przez kongregację. Jak widać, nie bez powodu.
— Dziękuję za ten krótki wykład, bracie…
— Polio — skłonił się lekko a Jack dostał nagłego ataku kaszlu.
— Coś się stało?
— Muszę przestać palić — odparł tylko.
— A ty… — Polio skrzywił się, z obrzydzeniem spoglądając na Jacka — śmierdzisz nehelemskim nasieniem.
— Uważaj — Jack popukał w opaskę na prawym oku — bo się Decain obrazi.
Braciszek spuścił wzrok. Na twarzy malowała się złość, ale najwyraźniej imię starego Cheona zamknęło mu usta. Jack dziękował w duchu, że to akurat Decain namieszał mu w valorze. W końcu ten stary Cheon był patronem założyciela zakonu sług Vigala.
Taegan pojawił się w końcu w przedpokoju a brat Polio bez słowa go wypuścił.
— W zasadzie nic mu nie jest, jego współlokator go uratował.
— Czemu chciał się powiesić?
— Sam go zapytaj — Taegan odwrócił się do sługi Vigala i kiwnął głową na znak, żeby się odsunął.
— Ależ bracie Taegan… Chyba nie pozwolisz, żeby Sprawiedliwy… Z bronią… — jąkał się Polio, dławiąc się najwyraźniej świętym oburzeniem.
— Administrator Delock mianował go moderatorem w tej sprawie. Mnie też się to nie podoba, ale oboje musimy uszanować jego decyzję.
— Napiszę oficjalną skargę do Amelii — żachnął się Polio, ale ustąpił miejsca Jackowi i Allionowi.
— Kim jest ta Amelia? — zapytał Jack po wejściu do środka.
— Przełożona Lecznicy Vespy — Odpowiedział Allion. — Nie wiedziałeś?
Jack wolał się nie przyznawać, że jedyne co wie o lecznicy to to, że istnieje. Nie chciał nigdy tam trafić i jeżeli ktoś musiałby położyć na nim swoje łapy, to będzie to wiedzący.

Edmund siedział w swoim małym, ciasnym pokoju pełnym książek, zeszytów i szkiców lemegetonów nerwowo zacierając ręce. Chłopak był przy kości, ale mimo to wyraźnie można było dostrzec czerwoną bruzdę na szyi. Jack rzucił okiem na przedpokój, gdzie na wieszaku nienagannie zwisały czerwone szaty ceremonialne i czerwona liberia z symbolem wschodzącego słońca. Pod sufitem na starym, zerwanym kablu zawieszono lampę olejną, w której unosił się błędny ogień.
— Chyba wiesz, dlaczego tu przyszliśmy — zaczął Jack bez ogródek nawet nie siląc się na łagodny ton. Zalman podniósł wzrok, który do tej pory wbijał w podłogę. Jego przekrwione od łez spojrzenie wyrażało mieszaninę strachu i desperacji.
— Ja… — zająknął się — nie chciałem, żeby tak się skończyło. Nie miałem pojęcia…
— Zacznij od początku — nakierował go Allion.
— Nie wiedziałem, że pani Secil jest do tego zdolna! — zaczął wypluwać z siebie słowa — Stałem tam, sprawdzałem listę, wpuszczałem gości i wtedy… gdy podeszła poczułem, że coś jest nie tak, te wibracje, ale myślałem, że zwariowałem! Że źle coś rozumiem. No bo jak! Pani Secil! Że jak to?
— Spokojnie, spokojnie — Jack był zbity z tropu. Spodziewał się wyznania związanego z białowłosą goetką i poczuciem winy za sprzeniewierzenie się obowiązkom… ba! Za złamanie zasad tak poważnej ceremonii — Co było z nią niby nie tak?
— No… Eodium — Jack poczuł zimny dreszcz — Miała go przy sobie, gdy wchodziła. Czułem to. Ale myślałem, że mam zwidy. Ale czułem go.
Zalman zaczął łkać i ponownie wbił wzrok w podłogę. Jack przez chwilę nie wiedział co robić. Przez kilka sekund wypełnionych tylko łkaniem Edmunda wpatrywał się w jakiś nieokreślony obiekt znajdujący się na zupełnie innej płaszczyźnie astralnej. W pewnym momencie spojrzał na Alliona w sposób, który ciężko było mu odczytać. Strach? Szok? Tak to trochę wyglądało, ale Jack nie dał Allionowi zbyt wiele czasu na wnikliwą analizę. Minął go i przyklęknął przy Zalmanie, klepiąc go przyjacielsko po ramieniu.
— W porządku stary — powiedział spokojnie — nikt cię za nic nie wini. Zmieńmy na chwilę temat, dobra? Tylko się skup.
Jack cierpliwie czekał, aż Zalman się nieco uspokoi. W końcu młodzieniec kiwnął głową, pociągając nosem.
— Szukamy białowłosej dziewczyny… — Edmund podniósł gwałtownie głowę ze strachem wymalowanym w oczach — spokojnie. Wiemy, że wpuściłeś ją bez zaproszenia, ale nie o to chodzi. Ona była bliżej ołtarza i może być ważnym świadkiem. Ktoś pomagał Secil i próbuje zacierać ślady, więc może być w niebezpieczeństwie.
Alllion szeroko otworzył oczy, ale zacisnął usta i nie odezwał się nawet słowem. Edmund natomiast otarł łzy i spojrzał na Jacka. Wahał się, walczył z myślami i strachem rodzącym się w jego zapłakanych oczach.
— Ona… Ona chciała tylko zobaczyć Wstąpienie. To było jej marzenie.

Allion był kongregatem i od samego początku mimo, iż sprawiał wrażenie bezstronnego, wciąż nie darzyłem go zbytnim zaufaniem, dlatego pozostawienie Edmunda w jego rękach było bardzo ryzykowne, tym bardziej po jego zeznaniach obciążających Secil. Nie miałem jednak wyjścia. Opuściłem dormitoria uczniów kongregacji z marsową miną i miałem nadzieję, że Taegan i Polio uznają to za oznakę porażki. Nie miało znaczenia, który z nich zmusił chłopaka do kłamstwa. Ważne było szybkie działanie, gdyż Edmund niechcący mi o czymś przypomniał. Do katedry przynależał ogród znajdujący się na jego tyłach, ogrodzony wysokim murem zbudowanym stosunkowo niedawno z powodu śpiochów, dla których było to idealne miejsce do surfowania po dwaalu. Nie dość, że był wysoki, to jeszcze naszpikowany potłuczonym szkłem i ostro zakończonymi prętami. Dwaal snuł się gęsto zamknięty w murach ogrodu, a w blasku księżyca nabierał wyczuwalnej, niemalże lepkiej konsystencji. Krążyłem z nosem przytkniętym do ziemi blisko witraża pokrytego pajęczyną pęknięć.

Ktoś z boku mógłby uznać, że zgubiłem igłę w stogu siana i poniekąd tak właśnie było, bo szukałem resztek prymerytu. Jeżeli miał swój udział w śmierci Cheona Cudów, to istniała szansa, że go znajdę właśnie teraz.
W forcie nauczaniem młokosów zajmowali się starsi i zaprawieni doświadczeniami na szlaki Sprawiedliwi, ale bywały od tego wyjątki. Szaman Blutzi był częścią bractwa, ale nie nosił tytułu Sprawiedliwego. Był duchowym przewodnikiem, uczył jak oprawiać upolowaną zwierzynę i co można bezpiecznie zjeść w środku lasu, prowadził też różnego rodzaju obrzędy, w których musieliśmy brać udział, aby stać się Sprawiedliwymi. Był trochę jak drugi ojciec, trochę dziwny, czasem śmieszny, czasem przerażający. Mieliśmy też nauczycieli spoza fortu, do których zaliczał się Wiedzący Albus Bain uczący nas medycyny oraz Protor Duran, niesamowity zeger o którym krążyły plotki, że jest prawdziwym technomantą.
Protor uczył nas podstawowych zasad, jakimi rządzi się świat. Nazywał to “starymi prawami, które powoli umierają”, ale nigdy nie wytłumaczył, co dokładnie ma na myśli. Przekazał nam również wiedzę o eodium która była dość ciekawą mieszanką legend i zegerskich nauk. Dowiedziałem się wtedy, że czyste eodium świeci w ciemności jak rozżarzony węgiel, ale tylko, gdy księżyc jest w pełni.
Prymeryt był zegerskim stopem metalu i eodium, dlatego posiadał podobną właściwość, choć mniej widowiskową, bo świecił się jak rzucony na ziemię i przydeptany pet, choć wiele zależało od samego stopu i zastosowanej proporcji. Spodziewałem się zatem spędzić na kolanach całą noc, ale miałem nadzieję, że los będzie dla mnie łaskawy. Był, choć niezupełnie w taki sposób, jaki oczekiwałem.

Poranek był ciężki… Można by rzecz, że nawet fatalny. Miałem wrażenie, że zamiast głowy mam pęknięty arbuz. Całe ciało było sztywne a mróz przeszył mnie do kości. Może to zmiana pogody, może niewygodnie spałem, a może to dlatego, że spędziłem całą noc na gołej ziemi w katedralnym ogrodzie. Obudził mnie kongregat patrolujący ogród w poszukiwaniu śpiochów, za którego wyraźnie uchodziłem w jego oczach. Nie szczędził mi zatem razów zadawanych swoją włócznią.

— Jak. Się. Tu. Dostałeś. Parszywa. Szujo — akcentował słowami każde wbicie mi kija w plecy. Przewróciłem się na bok, chwyciłem nieporadnie tępy koniec włóczni i szarpiąc się z nieznajomym wdałem się w kulturalną dysputę.
— Przestań do kurwy nędzy — wyszarpałem drugą ręką rewolwer i pomachałem nim jakby była kongregackim glejtem — nie poznajesz Sprawiedliwego?
— To wciąż dobry powód, by cię lać — powiedział, ale zaprzestał swoich niecnych czynności.
— To nie bij chociaż leżącego — wykrztusiłem rzucając rewolwer na bok jakby ważył tonę i łapiąc kilka oddechów zsynchornizowanych z pulsującym bólem głowy. Spróbowałem usiąść, co okazało się iepskim pomysłem. Paraliżujący trzask bólu, od którego zakręciło mi się w głowie, uzmysłowił mi, że wczorajszej nocy nie zasnąłem dobrowolnie. Kongregat wykazał się ponadprzeciętnym człowieczeństwem i nie tylko nie dobił mnie włócznią, ale nawet pomógł mi wstać.
— Co Sprawiedliwy robi w trawie za katedrą? — spytał ściągając kaptur. Dopiero widząc jego wysuszoną, pokrytą zmarszczkami twarz i siwe krótkie włosy zerknąłem na aurorę wyszytą na szacie. Pełna.
— Szukałem czegoś — próbowałem być tajemniczy.
— Jeżeli snu, to najwyraźniej go znalazłeś — odparł starzec z przekąsem.
— Niezupełnie. Ale komuś się to nie spodobało.
— Rabunek?
Dobre pytanie, pomyślałem. Oklepałem kieszenie, sprawdziłem pas… wszystko było na swoim miejscu, oczywiście poza rewolwerem, który ostrożnie podniosłem z ziemi.
— Wygląda na to, że nie — złapałem się za kark. Na włosach poczułem skrzepniętą krew, więc palcami odszukałem jej źródło. Bolesny, tętniący guz był chyba wielkości dojrzałej brzoskwini. I równie miękki.
— Ktoś cię nieźle potraktował — zauważył błyskotliwie starzec.
— Może pan? — spytałem uszczypliwie.
— Ja bym to zrobił skuteczniej — pomachał włócznią.
— Jack Arizona — przywitałem się wyciągając dłoń, którą uprzednio wytarłem o marynarkę. Trochę mnie drażniło, że stary mówi mi na “ty” a ja nawet go nie znam.
— Znamy się Jack — uśmiechnął się a ja zmrużyłem oczy, bo nie kojarzyłem tego starca — Marcus Moonbane — odwzajemnił bez wahania uścisk.
Nazwisko znałem, bo kto nie znał rodziny Moonbane, ale coś mi zaświtało, gdy usłyszałem jego imię. Próba przeszukania moich wspomnień skończyła się jednak narastającym bólem głowy.
— Z tych Moonbane’ów? — upewniłem się.
— Nie inaczej — zmierzył mnie wzrokiem — Wyglądasz jak siedem nieszczęść. Ogród wewnętrzny ma właściwości terapeutyczne, ale tobie przyda się sługa Vigala.
— Tylko nie to, proszę. Woda i kompres wystarczy.

Marcus, jak się po chwili okazało, był sługą Vigala. Żeby tego było mało, okazał się też prezbiterem katedry cheona cudów. W jego oczach nie znalazłem fanatycznej iskry, jaką charakteryzował się ten pacan Polio. Widziałem w nich tylko spokój i ciszę, ale jednocześnie coś mi w nich nie pasowało. W jego biurze (znajdującym się obok pomieszczenia z lemegetonem chroniącym katedrę) nie było nawet grama kurzu mimo, iż wszystko tu wyglądało na stare. Proste biurko otoczone drewnianymi półkami uginającymi się od ciężaru książek było przykładem ładu, składu i porządku. W powietrzu pachniało mydłem i świeżym powietrzem, jakby przed chwilą ktoś tu wietrzył po robieniu prania. Zostałem poczęstowany rozgrzewającym płynem z nieokreślonych ziół, podczas gdy Marcus przecierał mi ranę na karku. Gdy skończył, otrzymałem chłodny kompres, który z ulgą przykładałem do dojrzewającej pod opatrunkiem brzoskwinki.

— Strasznie pan miły dla Sprawiedliwego.
— Jak na sługę?
— Pan to powiedział.
Prezbiter uśmiechnął się i usiadł za biurkiem. Sam nalał sobie małą dawkę leczniczego zioła i sięgnął po list leżący na biurku.
— Kiedyś byłem jak brat Polio — pokiwał głową a ja domyśliłem się, że trzymał w rękach skargę, którą wygrażał wczoraj ten łysy gnojek — ale lata nieubłaganie płyną a moje oczy i umysł doświadczyły takich rzeczy, że nie mam siły ani ochoty na przepychanki ideologiczne.
— Ciekawe stwierdzenie z ust sługi Vigala.
Wzruszył ramionami. Można by rzec, że byłem w szoku. Słudzy Vigala to zealoci jakich mało na tym świecie. Na wojnie byli nieustępliwymi skurwysynami, zmorą o fanatycznym przekonaniu, że cokolwiek jest złe, trzeba wysłać do Vau w trybe przyspieszonym. A ich kanony są dość tolerancyjne, jeśli chodzi o pojęcie zła.
— Jestem stary Jackie. Dwaal był łaskawy dając mi tak długie życie, ale od jakiegoś czasu zaczyna mi to przypominać jakąś karę.
— Skąd się znamy? — spytałem, bo mało kto nazywał mnie “Jackie”.
— Znałem ciebie i Lobiego od takiego — pomachał dłonią metr nad ziemią.
— Choleron — otworzyłem szeroko oczy nie mogąc uwierzyć — Diakon—flakon — wymsknęło mi się jego nieoficjalne przezwisko.
Marcus zaśmiał się krótko i odłożył list.
— Nie przejmuj się Jackie. Szkoda, że odwiedzasz mnie przez przypadek. Wiem dobrze, że wróciłeś do Palisady niedługo po wojnie.
W głowie zrobiło mi się lekko i przyjemnie. Ziółka diakona naprawdę dawały radę, nie tylko w kwestii bólu głowy.
— Nie miałem pojęcia, że zostałeś Prezbiterem ojczulku… — Moonbane pokiwał groźnie palcem — …znaczy ojcze diakonie — poprawiłem się z uśmiechem, ale zaraz poczułem, jak radosny nastrój mnie opuszcza — ogólnie myślałem, że nie ma tu nikogo poza Lobim.
— Niewiele się pomyliłeś. Ernst “Babka”, Milo “Aleksandryjczyk” i Ariadna “Bela” to jedyne osoby z sierocińca, które wciąż mieszkają w Palisadzie.
— Cholera. I przez te kilka lat nie trafiłem na nich? Co się z nimi teraz dzieje?
— Ernst niestety zmarł z rąk spaczonego, gdy terminował u Angusa Tripole, czyli jakieś trzy miesiące temu. Sam Angus prawie stracił życie. Biedak nie potrafi sobie wybaczyć śmierci Ernsta. Ariadna wyszła za stolarza i chowa mu teraz trójkę dzieci. Jest szczęśliwą kobietą. Milo to wciąż łobuz, trudni się awanturnictwem i często wybiera się na wypad poza mury Palisady, na bezdroża i do starego świata. Co zarobi, to przepija albo wydaje na krótkie romanse.
Nie ukrywam, że żal zalał moje serce gorzkim syropem, bo dotarło do mnie, czemu nie chcieli się spotkać, czemu mnie unikali. Z jednej strony ich rozumiałem, z drugiej był to bolesny cios.
— Ariadna ma mieszkanie przy “Małej Manufakturze”, bo tak nazywa się zakład stolarski Harolda Dobosza, męża Ariadny. A Mila możesz spotkać w karczmie pod Henną, gdzie zazwyczaj przepija swoje zarobki.
— Dzięki diakonie—fla… Znaczy ojcze diakonie. Może ich kiedyś odwiedzę…
— Boisz się, że cię odrzucą — Moonbane odczytał moje myśli. — To zrozumiałe, ale z tego co słyszałem o Sprawiedliwych to lubicie stawiać czoła wyzwaniom. Oczywiście preferujecie inne, bardziej przyziemne i pełne przemocy wyzwania, ale wierzę, że i z tym sobie poradzisz.
— Dzięki za słowa wsparcia — powiedziałem szczerze. — Wybacz, że spytam, ale dziwi mnie, że emanujesz takim spokojem. Cheon zginął w twojej katedrze. Chyba wiesz, co się ogólnie dzieje w tej sprawie.
Diakon zamyślił się na dłuższą chwilę. Ciężko mi było powiedzieć, czy rozmyśla nad tym, co chce mi powiedzieć, czy próbuje zdusić jakieś ogniste uczucia.
— Mówiłem ci Jackie… Jestem już za stary — odparł tylko.
— To chyba coś więcej — próbowałem pociągnąć byłego diakona za język. Uśmiechnął się tylko, złożył kilkakrotnie list od Polio i wrzucił go do kosza.
— Życzę ci powodzenia w tej sprawie Jackie. Nie mogę ci pomóc, ale nikt nie zmusi mnie, żeby ci przeszkodzić.
Nie bardzo wiedziałem, co Marcus ukrywał, ale wyglądało na to, że był po mojej stronie. Było to dziwne uczucie, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda.

Katedrę opuściłem nawet nie tracąc czasu na ponowną wizytę w ogrodzie. Jeżeli napastnik szukał tego samego co ja, na pewno to znalazł. Byłem przekonany, że nie była to białowłosa dziewczyna, gdyż na szyi wciąż czułem wspomnienie wczorajszej nocy. To nie cios mnie ogłuszył, tylko czyjś żelazny uścisk poprzedzony zmiękczającym ciosem w kark.

Wracałem siłą rzeczy przez plac, który (ku mojemu zdziwieniu) wypełnił się niemałym tłumem. Wśród tłuszczy, bardzo żywo dyskutującej tłuszczy warto dodać, dało się słyszeć niezwykle wyraźny głos, który zdawał się odpowiadać na rzucane z tłumu pytania. Przeciskając się przez tłum zrozumiałem, co się dzieje. Na kamiennym podeście, zwanym “kamieniem mówcy”, stał jakiś kongregat. Kamień Mówcy to kawał granitowego kamienia lewitujący półtora metra nad ziemią. Płaska, gruba na pół metra kamienna płyta z wyrzeźbionym w nim lemegetonem zwanym Głosem Mówcy służyła do niesienia głosu każdego krasomówcy, który miał pozwolenie na skorzystanie z kamienia. W tym momencie był to uczeń z wyszytym w liberii płonącym słońcem. Nie znałem go, ale on chyba znał mnie, bo jak tylko nasze spojrzenia się spotkały, wskazał mnie palcem z niemałą radością wypisaną na twarzy.
— To jest Jack Arizona, Moderator wyznaczony do śledztwa w tej sprawie — rozniósł się donośny głos ucznia. Rozmowy w tłumie przycichły i setki spojrzeń skupiło się na mnie. Cholera, trzeba było iść okrężną drogą.
Minąłem zbrojnych tworzących kordon wokół mównicy a podest opadł na tyle, bym mógł wejść. Kongregat podbiegł do mnie nim postawiłem stopę na granicie.
— Z nakazu Taegana Żelazne Serce — zaczął szeptać — poinformowaliśmy ludność Palisady, że trwa weryfikacja podejrzeń wobec Secil.
Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Raczej to drugie. Postanowiłem dosadnie pokazać, co myślę o pomyśle Taegana.
— Po chuj kazał wam to robić? — nie ukrywałem swojej irytacji — Czy wasi mistrzowie propagandy nie nauczyli was, że w takich sytuacjach lepiej nic nie mówić?
— Taegan powiedział, że goście z katedry roznieśli już informacje o wydarzeniach i lepiej będzie, jak usłyszą prawdę z ust Kongregacji niż z plotek.
— Gówno prawda — szeptałem najciszej jak mogłem, ale słabo mi to wychodziło, bo dwóch zbrojnych odwróciło się i spojrzało na mnie nieprzychylnym wzrokiem. — Lepiej nic nie mówić. Nie macie doświadczenia w tych sprawach, ale ja mam.
— Ale niepokój społeczny…
Byłem wściekły. Taegan żyje szlachetnymi pobudkami, muszę przyznać, ale w forcie, a potem na szlaku nauczyłem się, że ludzie dzielą się z grubsza na dwie kategorie: tępe dzidy, którym lepiej nic nie mówić i spryciarze, którzy potrafią wykorzystać każdy skrawek informacji na swoją korzyść. W tej chwili głupi ludzie i tak wyciągali swoje wnioski, a prawdziwi sprawcy dostali informacje o naszych postępach na srebrnej tacy.
— Pieprzyć to. — powiedziałem — Teraz wzbudzasz większy niepokój społeczny. Ludzie wrócą do domów, a i tak poprzekręcają twoje słowa. Wywołasz jeszcze więcej problemów.
Wszedłem na mównicę i zacząłem drzeć się do tłumu. Nie potrafię nawet wzbudzać przepływu, a co za tym idzie aktywować lemegetonu, musiałem więc polegać na swoich strunach głosowych.
— Mieszkańcy Palisady. Proszę wracać do domów. Śledztwo trwa i do czasu jego zakończenia nie będziemy przekazywać na jego temat więcej szczegółów!
No i się zaczęło.
— Co to za farsa! Bzdury!
— Wywlec tą sukę!
— Na szafot!
— Cheoni nas osądzą! Będzie kara!
Pozwoliłem jeszcze przez chwilę, by tłum wyrzucił z siebie nieco gniewnych haseł, spoglądając w tym czasie w stronę ratusza.
— Skandujcie jakie hasła tylko chcecie, ale róbcie to w zaciszu swojego domu! — krzyknąłem, chcąc zwrócić ich gniew w moją stronę. Cieszyłem się, że pokój, który robił za celę Secil w ratuszu znajdował się z drugiej strony budynku.
— Nehelemskie sługi! Herezja! Zdrada!
Padło jeszcze kilka innych, mniej lub bardziej krzywdzących słów, ale nie słuchałem ich dalej. Złapałem ucznia za ramię i przyciągnąłem go do siebie tak, by nikt nie usłyszał tego, co mu chciałem powiedzieć.
— Zakończ to zgromadzenie. Nigdy więcej nie organizuj czegoś takiego nawet, jak ci będzie sam Cheon kazał. Rozpędź pokojowo to towarzystwo, niech idą do tawern czy chuj wie gdzie i odgrażają się przy wódce. Co jeszcze Taegan kazał ci zrobić?
— Zamknąć ponownie plac i obstawić go strażą.
— Zapomnij. Postaw paru ludzi przy katedrze, ale plac zostaw otwarty. Nie wolno niepokoić ludzi widokiem wojska, a plac nie ma znaczenia w tej sprawie. Taegan pewnie próbuje wzbudzić poczucie bezpieczeństwa, ale ewidentnie nie rozumie, że robi coś odwrotnego.
Uczeń skinął głową niepewnie i już chciał się odsunąć, ale nie pozwoliłem mu na to.
— To nie koniec. W katedrze jest lista gości, którzy byli wewnątrz w czasie ceremoniału. Wyślij do nich zbrojnych. Nie wolno im z nikim rozmawiać, ani opuszczać domów.
— Zwariowałeś? Przecież nie mogę kazać radnym….
— Możesz, bo tak nakazuje moderator, czyli ja. Nie obchodzi mnie, kto kim tu jest i jakie ma stanowisko. Zresztą… Nawet jeśli parę osób się nie zgodzi, to nie szkodzi. Im więcej osób zamknie gęby i przestanie pieprzyć głupoty na mieście, wzbudzając niepokoje i podburzając tłum, tym lepiej dla śledztwa. Zrozumiałeś?
— Muszę mięć zgodę Taegana.
— Masz ją. Powiem mu to samo co tobie i się zgodzi, ale nie można tracić czasu.
Nie wiem, czy chłopak dobrze zrozumiał moje polecenia i czy w ogóle je wykona, musiałem jednak spróbować coś zrobić, inaczej plułbym sobe w brodę. Zeskoczyłem z podestu nie czekając aż się obniży i przecisnąłem przez plujący jadem (metaforycznie) i śliną (dosłownie) tłum.

Dzień zaczął się fatalnie i sądząc po minie Alliona zapowiadał się jeszcze gorzej. Siedział z Taeganem w sali konferencyjnej razem z nieznanym mi zbrojnym. Gdy wszedłem do sali zmierzyli mnie potempieńczym wzrokiem.
— Gdzieś ty się podziewał? — zaczął Taegan — szukaliśmy cię w twoim mieszkaniu i podobno nie było cię tam całą noc.
— Wybrałem się na romantyczny spacer w blasku księżyca. — odrzekłem obojętnie. Ciekawy byłem, który sąsiad tak zaciekle obserwował moje mieszkanie, że sam nie spał całą noc. Ale pytanie Taegana podpowiadało mi, że (prawdopodobnie) nie miał nic wspólnego z pigułką nasenną, którą wczoraj oberwałem — Ale już jestem. W czym rzecz?
Taegan postawił na blacie łuskę i przesunął w moim kierunku. Nie uszło mojej uwadze, że miał na dłoni białą rękawiczkę. Zaciekawiony podszedłem i obejrzałem ją dokładnie, trzymając rączki przy sobie.
— Trzydziestka ósemka — skomentowałem głośno siląc się na spokój. Nie podobał mi się fakt, że łuska odpowiada kalibrowi mojego rewolweru. Na twarzy obu kongregatów jawił się wyraz współczucia, co jeszcze bardziej wypełniało mnie niepokojem.
— Tę łuskę znalazł strażnik Hart — skinął na zbrojnego. Facet nosił zieloną liberię, czyli był cywilem powołanym do tak zwanego garnizonu. Choć na organizacji struktur wewnętrznych kongregacji znałem się powierzchownie, to w wypadku garnizonu wiedziałem bardzo dużo. W końcu to głównie z nimi toczyliśmy starcia w czasie drugiej wojny nehelemskiej. Ten, sądząc po wieku oraz minie, z jaką mnie obserwował, także pamiętał tamte czasy.
— Taegan, głowa mnie boli, więc przejdź do rzeczy — powiedziałem starając się irytacją maskować narastający strach. Nim Taegan się odezwał, pałeczkę w konwersacji przejął Hart.
— Sprawowałem wartę na zewnątrz, pod oknem morderczyni cheona, na polecenie Van Graffa. Dziś tuż przed świtem ta łuska spadła mi nieomal na głowę. Morderczyni zapewne wyrzuciła ją przez okno, chcąc pozbyć się dowodów.
— Whoa! — sapnąłem ostrzegawczo — od konkluzji jest moderator powołany w tej sprawie. I proszę wyrażać się o Secil per “oskarżona” do czasu wydania wyroku.
Na pewno w oczach zgromadzonych wypadłem bardzo stronniczo, ale miałem to w dupie. Szkoda, że zamiast łuski, nie spadł na Harta pokaźny kawał głazu. Usiadłem naprzeciw zbrojnego, który zaciskał szczękę, próbując chyba w ten sposób uwięzić w parszywej gębie obelgi, którymi z chęcią by we mnie cisnął. Jego sucha, nieogolona twarz prosiła się o kilka solidnych liści dla poprawy krążenia, ale powstrzymałem swoją wściekłość. Byłem cholernie zły na los, że rzuca mi takie kłody pod nogi. Moją przewagą było to, że od razu wiedziałem, że ten typ kłamie, tylko nie wiedziałem czemu. W mojej głowie pojawiły się pytania, które bardzo chciałem zadać Hartowi, ale powstrzymałem się, zachowując je na lepszą okazję, gdyż teraz mogły go spłoszyć.
— Kiedy zacząłeś wartę? — spytałem wpatrując mu się prosto w oczy.
— Wczoraj, zaraz po naradzie. Van Graff kazał mi wystawić straż przed drzwiami mor… — pokiwałem ostrzegawczo palcem w stylu diakona—flakona — …oskarżonej.
— Radny odwiedzał może oskarżoną?
— Nie. Sprawdzał tylko co jakiś czas, czy warta jest należycie trzymana.
Van Graff to człowiek—historia, który nie był tak jednoznaczny jak pozostali członkowie rady. Wszyscy byli stosunkowo młodzi i dzięki propagandzie kongregacji niewiele im brakowało do sług Vigala. Van Graff był oschły i surowy w ogólnych kontaktach z ludźmi, sprawiał też wrażenie przeżartego cynizmem. Wojny nehelemskie odciskają swoje piętno, a ten człowiek przeżył zasadniczo dwie z nich. Po moim powrocie do Palisady odnosił się do mnie z zimnym dystansem, ale nigdy w jego głosie nie odczułem pogardy, która była nieodłącznym elementem aury bijącej od większości mieszkańców. Dlatego z jednej strony chciałem podejrzewać go o jakąś nieczystą grę, z drugiej mocno wątpiłem, by zniżył się do jakichkolwiek brzydkich zagrywek. Pomyślałem, że nie zaszkodzi zamienić z nim później kilku słów.
— Miło z jego strony — moje zamyślenie przerwało szturchnięcie Alliona — Był zadowolony?
— Był.
— A skąd pomysł, żeby ustawić straż pod jej oknem? Obawiacie się, że ta delikatna niewiasta zwieje przez okno zawieszone na pierwszym piętrze?
Trochę przesadziłem z sarkazmem, ale chciałem nim zamaskować powód, dla którego pytałem. Hart skrzętnie to wykorzystał. Oczami wyobraźni widziałem, jak zaciera ręce.
— Szanowny moderatorze — Hart nachylił się ostentacyjnie nad stołem — Na tym polega moja praca, by zabezpieczyć się na każdą możliwość, nawet te najmniej prawdopodobne. Doświadczenie uczy, że takie luki często są przedmiotem oskarżeń o nienależyte wykonanie obowiązków w razie ich wykorzystania. Wtedy nikt nie mówi o przesadzie, tylko o oczywistych środkach zaradczych, których się nie podjęto.
Musiałem trafić w czuły punkt. Oberwałem na własne życzenie, ale cieszyłem się, że Hart zachował profesjonalizm. Niestety nie udzielił odpowiedzi, na jaką miałem nadzieję.
— W porządku, zwracam honor — moje przeprosiny nie wywarły na nim wrażenia. Wciąż miał chmury nad głową — Dobrze zrozumiałem, że dowodzisz strażą w ratuszu?
— Zgadza się. Jeżeli mam być dokładny, to w tym tygodniu zawiaduję nocną zmianą.
— I pełniłeś osobiście wartę pod oknem? Trochę to dziwne. Nie miałeś innych obowiązków?
— Najwyraźniej nie, szanowny moderatorze.
Niezwykłe, jak ton wypowiedzi potrafi zmienić cieszący się prestiżem tytuł w obelgę.
— Słyszałeś cokolwiek w tamtej chwili? Gdy to — wskazałem łuskę — nieomal spadło ci na głowę?
— Zamykające, albo otwierające się okno, trudno powiedzieć. — Gestem ponagliłem go, by rozwinął odpowiedź. — Powiem szczerze, że nawet nie spojrzałem. Dni są ciepłe, więc pani Hoof otwiera je za dnia, by trochę przewietrzyć. Na noc ona lub jej podwładni je zamykają, dlatego nie wydało mi się to dziwne. Dopiero jak łuska zabrzęczała o chodnik spojrzałem w górę, bo powiązałem dźwięk skrzypiących okiennic ze znalezioną łuską.
Panią Hoof kojarzyłem bardzo dobrze. Nosiła nieoficjalny, nadany jej przez Lobeofa tytuł mistrzyni ogniska domowego. Nazwał ją tak podczas jednego z obiadów, na który byłem zaproszony przez Secil, zachwalając jej kunszt menedżerski, jaki wykazała zarządzając służbą ratusza. Zarządzała również jego domem, który stał po sąsiedzku za ratuszem, skrywając fasadę za wysokim murem z czerwonej cegły.
— Do kogo zgłosiłeś to znalezisko?
— Najpierw udałem się do Van Graffa, uprzednio zabezpieczając wartę innym strażnikiem. Van Graff jednak… Odmówił przyjęcia znaleziska — wahanie w głosie harta wskazywało, że owijał coś w bawełnę — Dlatego udałem się do jego eminencji awatara Taegana.
— W porządku. Możesz wrócić do swoich obowiązków — mój autorytet moderatora został jednak zupełnie zignorowany i dopiero skinięcie głowy Taegana spowodowało, że Hart wstał i wyszedł sztywnym krokiem z sali konferencyjnej.
— Van Graff jest u siebie? — spytałem Taegana, który podniósł dłoń, zatrzymując mój tyłek na miejscu.
— Poczekaj moderatorze — nieważne, jak by się awatar nie starał, wciąż ze słowa skapywało ździebełko jadu — to nie wszystko.
Spojrzałem na Alliona, który miał grobową minę, potem znów na awatara.
— Co jeszcze może mi popsuć dzień?
— Ta łuska ma na sobie wyraźne ślady eodium.
W tamtej chwili w gardle ugrzęzły mi tylko dwa słowa.